Światowej sławy operator nagrodzony dwoma Oscarami od kilku tygodni poleca filmy czytelnikom DZIENNIKA. Opowiada, jakie filmy lubi, czego od nich oczekuje i które może oglądać po kilka razy. Sam właśnie skończył pracę nad swoim obrazem "Hania" i przyznaje, że zrobił film doskonały, który ogląda z zapartym tchem.

Hanna Dobrzyńska: Podobno lubimy tylko te filmy, które już znamy. Pan też należy do zwolenników tej teorii?

Janusz Kamiński: Po części. Ale ja z niecierpliwością czekam na nowe filmy. Lubię się dziwić, być zaskakiwanym, a to jest możliwe tylko przy nowościach. Oczywiście, kiedy wybieram się na "Piratów z Karaibów", wiem, czego mogę po nich oczekiwać. Chcę się dobrze bawić i podziwiać kunszt aktorski Johnny'ego Deepa.

Jaki film pana ostatnio zaskoczył?
"Notatki o skandalu". Tuż przed jego obejrzeniem miałem obawy, że to będzie nuda i nawet nie dotrwam do końca. Okazało się, że to świetna, wciągająca fabuła. Teraz nadrabiam zaległości i niedawno natrafiłem na fabułę "Wszyscy ludzie króla" ze zdjęciami Pawła Edelmana i Anthony'm Hopkinsem w roli głównej. To też znakomity, niesamowity film. Nie zrobił kariery w Ameryce, bo pewnie jest trochę za skomplikowany, jak na ten kraj.

A są takie filmy, które oglądał pan kilkakrotnie i nadal się panu nie znudziły?
Jasne, na przykład "Francuski łącznik". W zasadzie mogę go oglądać na okrągło. Często też oglądam "Nie jesteśmy aniołami" czy "Lawrence'a z Arabii", "Most na rzece Kwai", "Ojca chrzestnego", "Lot nad kukułczym gniazdem" czy "Casablancę". Chyba nie jestem zbytnio oryginalny, co? (śmiech). Co więcej, oglądając filmy, staram się zapomnieć o tym, że jestem operatorem. Najważniejsze są dla mnie emocje.

I ma pan w domu taką specjalną półkę z ulubionymi filmami?
Pewnie i to całkiem sporą. W dodatku prawie wszystkie filmy dostałem. Jako członek Akademii Oscarowej co roku dostaję ponad 70 obrazów do obejrzenia, więc już się trochę nazbierało. Cieszę się też, że coraz więcej europejskich filmów jest wydawanych w Ameryce. Dopiero od niedawna można na przykład kupić tam na DVD wszystkie filmy Andrzeja Wajdy.

Nie żałuje pan, że nie był na tegorocznej gali oscarowej?
Nie, bo jak się nie ma filmu kandydującego do Oscara, to nie ma po co tam iść. Zresztą teraz jestem trochę oddalony od Los Angeles. Kończyłem swój film w Polsce i to jest teraz dla mnie najważniejsze. Pracujemy teraz nad dźwiękiem i można powiedzieć, że "Hania" jest skończona.

Chciałby pan, żeby w przyszłym roku kandydowała do Oscara?
Nie ma na to żadnej szansy. To malutki, niskobudżetowy, europejski, artystyczny film. Chciałbym go tylko pokazać na festiwalu filmowym w Toronto i w Polsce. Oczywiście, życzyłbym sobie, żeby ten film zobaczyło jak najwięcej widzów.

Jest pan zadowolony, podoba się panu własne dzieło?
Dziewczyno, to jest doskonały film. Pokazałem go już aktorom grającym główne role i też są zachwyceni. Nawet jak bym miał dwa miliony dolarów więcej, to bym nic nie zmienił w tym filmie. Może tylko dodałbym dwa dni zdjęciowe i pracował po 11, a nie po 13 godzin na dobę. Zrobiłem film z fantazją, głęboki i opowiadający o uczuciach, czyli taki, jaki chciałem. To opowieść o mężczyźnie, który musi emocjonalnie dorosnąć do różnych ważnych decyzji. On jest trochę nieporadny, robi błędy, jest fajtłapą, ale w końcu, jak się to mówi, wychodzi na ludzi. Chciałem przy tym pokazać Polskę i Warszawę. Ten film nawet mnie zaskakuje (śmiech).

My, widzowie musimy czekać na "Hanię" aż do świąt Bożego Narodzenia?
Chyba tak. Akcja filmu rozgrywa się tuż przed świętami, więc premierę też planuję w tym czasie.

Zabiera pan swój film do Los Angeles, żeby go tam pokazać?
Tak, ale na razie tylko przyjaciołom i to mówiącym po polsku. Nie mam jeszcze wersji angielskiej.

Ma pan tremę przed publicznymi pokazami "Hani"?
Pewnie, ale z drugiej strony wierzę w ten film. Spędziłem w Polsce prawie cztery miesiące, robiąc "Hanię". Wciągnąłem się w tę robotę. Z drugiej strony w tym czasie ucierpiało trochę moje prywatne życie. Dzieci zaczęły mówić nowe słowa, a mnie przy tym nie było... Zrozumiałem, że robienie autorskich filmów wymaga kompromisów w życiu prywatnym. Poza tym to bardzo ciężka praca. Na szczęście jestem w nią emocjonalnie zaangażowany.

Za chwilę zaczyna pan zdjęcia do kolejnej części przygód Indiany Jonesa w reżyserii Stevena Spielberga. Ta robota nie będzie od pana wymagała kompromisów?
Będzie, ale zdecydowanie mniejszych. Zabiorę po prostu żonę i dzieci na plan filmu.

A zaangażuje się pan emocjonalnie w ten projekt?
Tak, bo będę chciał zrobić jak najlepsze zdjęcia. Mam przecież świadomość, że miliony ludzi na całym świecie czekają na ten film. Celem Spielberga nie jest tylko dawanie widzom rozrywki. Przecież "Park jurajski" niesie ze sobą przesłanie: nie igrajmy z nauką, bo możemy stworzyć potwory, a "Wojna światów" to przecież tak naprawdę o opowieść o ojcu, który chce się spotkać ze swoimi dziećmi. Spielbergowi nie chodzi tylko o to, żeby wybuchy wyglądały dobrze na ekranie.

Czeka pan na tę pracę ze Spielbergiem?
Pewnie, bo to przygoda i przyjemność pracowania z największym, najważniejszym reżyserem na świecie. Poza tym na "Indianie Jonesie" wychowały się już chyba trzy generacje widzów, a to zobowiązuje. Szykuje się potężny film. Nie czytałem jeszcze scenariusza, ale z tego, co wiem, czeka nas dużo pracy. Kiedy kręciliśmy "Raport mniejszości", myślałem, że to największa produkcja w moim życiu. Później się okazało, że "Wojna światów" ją przebija. Teraz, wygląda na to, że "Indiana Jones" będzie jeszcze większym obrazem.

A zaraz potem pracujecie razem przy "Lincolnie". To też będzie duże kino?
Nie, w porównaniu z "Indianą..." to kameralny film. Mogę go porównać do "Monachium"...

Ma pan w planach realizację trzech kolejnych filmów ze Spielbergiem. Czy później znowu się pan zabierze za reżyserowanie swojego filmu?
Najpierw ze Stevenem zrobimy dwa. Potem przydałoby się trochę odsapnąć i chcę się przymierzyć do swojego filmu. Myślę, że znowu przyjadę do Europy na zdjęcia, z tym, że teraz chciałbym, żeby to był film anglojęzyczny. Wtedy łatwiej mi go będzie sprzedać w Europie i Stanach.

Co to będzie?
Jest taki pomysł na film o młodej Amerykance, która się zakochuje w muzułmaninie. Ta kobieta obawia się, że człowiek, którego kocha, może być terrorystą. Ona żyje w dwóch światach, które stworzył nam prezydent Bush. Jest już scenariusz, który bardzo mi się podoba. Chciałbym, żeby główną rolę męską zagrał Omar Metwally, aktor, który wystąpił w "Monachium" w roli Alego. Wiem, że Stanach jest wielu wybitnych aktorów kolorowych i ich potencjał nie jest w pełni wykorzystywany. To oczywiście zrozumiałe, bo Ameryka jest w przeważającej większości białym krajem i głównie robi się filmy dla białych o białych. Proporcje się nie zmienią, bo populacja czarnych w USA to zaledwie 14 procent, jednak cieszę się, że będę mógł pracować z kolorowymi aktorami.

Widział pan w DZIENNIKU swoje ogromne zdjęcie z informacją "Janusz Kamiński poleca filmy"?
Widziałem.

I myśli pan, że czytelnicy liczą się z pana zdaniem i gustem?
Mam nadzieję. Proszę mi wierzyć, że czuję się zaszczycony tym, że mogę rekomendować filmy. Ten, kto chce być filmowcem, nie może być skromnym człowiekiem. Ta branża dla ludzi z dużym ego. Oczywiście są tego konsekwencje. Dajesz swoją twarz do gazety, a już tego samego dnia tą gazetą może ktoś sobie wytrzeć tyłek. Nie szukam sławy. Staram się poprzez swoją pracę być rozpoznawalnym w świecie filmowców. Cieszę się, że w kraju, w którym się urodziłem i dorastałem, ludzie wiedzą, kim jestem i jakie filmy zrobiłem. Zresztą jestem dumny ze swojej polskości i zawsze podkreślam, skąd się wywodzę. Ten kraj mnie ukształtował. Teraz ja mam szansę kształtować gusta czytelników i zwracać ich uwagę na moim zdaniem wybitne filmy. Zrobiłem sporo fabuł, które sam z przyjemnością oglądam, więc uważam, że mam legitymację do kształtowania gustów innych. Wszystkie osiem filmów z Kolekcji DZIENNIKA to fabularne perełki.

Czy podczas tych czterech miesięcy spędzonych w Polsce udało się panu zobaczyć jakieś polskie filmy?
Niewiele, bo ciężko pracowałem. Widziałem tylko "Warszawę" Gajewskiego i uważam, że to dobre poetyckie kino i "Jestem" Kędzierzawskiej. Cieszę się, że udało mi się zobaczyć "Vinci" Julka Machulskiego. To świetny, a nawet doskonały film. Chciałbym też zobaczyć "Jasminum" i kilka innych produkcji.