Z jakich ról jest pani szczególnie dumna?

To smutne, ale z tej z "Frantica". To był mój pierwszy film i wydaje mi się, że od tamtej pory nie zrobiłam nic lepszego. Owszem, lubiłam swoje postaci w "Placu Vendôme" i w "Niczego nie żałuję", ale nic nie przebiło debiutanckiej Michelle. Mam jednak nadzieję, że wciąż nie dostałam tej najważniejszej, życiowej roli. Zazdrościłam Marion Cotillard, że zagrała Edith Piaf w "Niczego nie żałuję". Takie role zdarzają się bardzo rzadko, ale z drugiej strony miło mieć jeszcze przed sobą prawdziwe wyzwania. Mówiłam sobie: "Tę role dostała Marion, bo ty nie jesteś typową Francuzką. Twoja uroda bardziej przypomina typ anglosaski. Bądź twarda: nie zazdrościsz jej, bo wolisz wyglądać tak, jak wyglądasz (śmiech)!"

Ale "Frantic" nie był pani debiutem, wcześniej miała pani przyjemność pracować z Godardem!

Nie nazwałabym tego przyjemnością ani nawet szansą. Rola w "Detektywie" była jedynie epizodem. To doświadczenie nic dla mnie nie znaczyło. Film okazał się kompletną porażką. Ja nie znosiłam Godarda, a on mnie.

Zagra pani w "Pompejach", najnowszym filmie Polańskiego?

Na razie niczego mi nie zaproponował, więc raczej nie. Jeśli będę z nim jeszcze coś kręcić, zażądam głównej roli. Żadne drugie plany nie wchodzą w grę. Dobrze mi się z nim pracuje, bo to dobry reżyser. Ale ile razy u niego wystąpię, ludzie zawsze oceniają mnie jak żonę, nie jako aktorkę.

Przejmuje się pani tym, co krytycy piszą o państwa wspólnych przedsięwzięciach?

Jestem bardzo wrażliwa na takie sprawy. Po "Dziewiątych wrotach" mało mnie nie zjedli. Francuska krytyka przyjęła zasadę, że jeśli pracuję ze swoim mężem, to na pewno wypadnę beznadziejnie. Zazwyczaj nie mam problemów z reżyserami. Potrafię powiedzieć, o co mi chodzi. Już trudniej porozumieć się z innymi aktorami, bo oni są tacy zakompleksieni, niedocenieni, niedopieszczeni. Onanizują się tym zawodem. To wkurzające, bo ja traktuję aktorstwo jak sport. Potrzebuję wyzwania, celu, do którego biegnę, a nie głaskania.

Jak pracuje się z Polańskim?

Na planie jest dynamicznie. Jeśli aktor nie umie czegoś zagrać, Roman leci niczym torpeda przed kamerę i pokazuje, jak on to widzi. Lubi ludzi, którymi może manipulować. Nie przepada za aktorskimi zwierzętami, grającymi instynktownie i mającymi w sobie dużą siłę. Jego zdaniem, to on jest od pokazywania siły. Kiedy jako młoda dziewczyna zaczęłam z nim pracować, byłam jego cieniem. Dziś dyskutujemy o tym, co robimy, krytykujemy się nawzajem. Inaczej nasz związek nie miałby sensu. Cały czas mam nadzieję, że widzowie przestaną mnie wreszcie traktować jak żonę Polańskiego i wtedy będziemy gotowi zrobić coś razem.

A w jaką szkołę aktorstwa pani wierzy?

Dużo czasu poświęciłam na naukę w Actors Studio i czytanie książek. Znam teorię, metodę Stanisławskiego i tym podobne. Ale po latach pracy myślę, że lepiej przeczytać scenariusz i dać postaci wejść w siebie. Zdać się na instynkt. Jednak instynkt.

Nie gra pani zbyt wiele...

Nie znajduję wielu scenariuszy dla siebie. Część z tych, które dostaję, wydaje się strasznie głupia. W niektóre filmy angażuję się nie ze względu na rolę, tylko dlatego, że bardzo chcę z kimś pracować. Tak było w przypadku obrazu Juliana Schnabla "Skafander i motyl" (premiera filmu jesienią 2007 r. - red.). Zagranie Céline Desmoulins, byłej żony sparaliżowanego bohatera i matki jego dzieci nie było dokładnie tym, czego chciałam, ale u Schnabla wzięłabym każdą rolę. Pewnie, że marzy mi się praca ze Scorsesem i Lynchem, ale są poza moim zasięgiem. Chciałabym też kiedyś się spotkać Olivierem Dahanem, z którym zrobiłam "Niczego nie żałuję", to jeden z najlepszych francuskich reżyserów. Zresztą o naszym kinie nie mam najlepszego zdania. Owszem, we Francji kręci się dużo, lecz producenci dość nisko ustawiają poprzeczkę. Może pluję jadem zawiści, bo nigdy nie dostałam żadnej nagrody, a krytyków bardziej interesuje moje życie osobiste niż zawodowe (śmiech).

Ostatnia produkcja z pani udziałem, "Niczego nie żałuję", miała premierę na festiwalu w Berlinie i została tam dobrze przyjęta. Ten film pokazuje Edith Piaf jako osobę uzależnioną od kontaktu z widownią, od jej poklasku. To dotyczy wszystkich ludzi sceny?

To nie kwestia zawodu, tylko charakteru. Ja mogę wytrzymać bez publiczności. Co więcej, lubię swoje życie, kiedy nie pracuję. Mam mnóstwo pasji poza aktorstwem, choćby boks, który uprawiam od 10 lat. I jestem bardzo szczęśliwa w stanie nicnierobienia.

Boks?

Miałam sceny kickbokserskie w "Dziewięciu wrotach" i tak mi się spodobały treningi, że już przy nich zostałam. Nie jestem miłą laseczką. Wszyscy powinni się mnie bać!

W "Niczego nie żałuję" gra pani Titine, kobietę, która marzy o dzieciach, ale nie może ich mieć. Budowanie tej roli musiało być dla pani - matki dwójki dzieci - trudne.

Właśnie dlatego ją wzięłam. W latach przedwojennych we Francji bezpłodność kobiet była problemem powszechnym. Głównie dlatego, że aborcje, często spaprane przez jakichś konowałów, stanowiły podstawową metodę antykoncepcyjną. Titine, choć jest prostytutką, szuka pocieszenia w religii, z czasem staje się dewotką. Myślę, że scena, gdzie zostaje odseparowana od dziecka, którym się opiekuje, to jeden z najlepszych momentów filmu.

W tym filmie, a wcześniej choćby w "Pozorach i złudzeniach", charakteryzatorzy napracowali się, by panią oszpecić.

Czasem dobrze jest wyglądać źle. Choć rzeczywiście od pewnego czasu wszyscy reżyserzy, z którymi pracuję mają pomysł na zohydzanie mnie na potrzeby filmu. Może wyglądając zbyt dobrze, nie byłabym wiarygodna jako aktorka? Kiedy gram, nie myślę o tym, jak wyglądam, ani nie noszę ze sobą lusterka. Chęć zastrzelenia się przychodzi później, kiedy oglądam film (śmiech).

Edith Piaf śpiewała piękne, ale naiwne piosenki, jak ta wykorzystana w tytule filmu, opowiadająca o tym, że ona w jego ramionach widzi życie na różowo. Trochę to nie pasuje do naszych czasów. Czy mit Piaf jest ciągle we Francji żywy?

O tak, co roku pojawia się kilka książek na jej temat. Puszcza się ją w radiu, ludzie kupują płyty. Myślę, że nie chodzi o teksty, tylko o to, jak śpiewała. Piaf jest częścią każdego Francuza. Ja też uwielbiam jej piosenki.

Potrafi pani którąś z nich zaśpiewać?
Tak, ale nie teraz. Można mnie będzie posłuchać na płycie, którą właśnie nagrałam z zespołem rockowym. Grupa nazywa się Ultra Orange & Emmanuelle. Nasza muzyka przypomina utwory The Velvet Underground, tylko ja jestem lepsza niż Nico! Bo jako piosenkarka zdecydowanie czuję się rockandrollówą! W domu słucham The Strokes, The White Stripes albo Davida Bowie. Choć bywam też patriotką i lubię sobie puścić starych francuskich piosenkarzy. Spotkanie z zespołem to czysty przypadek. Przyszli i powiedzieli, że chcą coś ze mną robić. A potem szaleństwo z płytą (we Francji jej premierę zaplanowano na 26 marca - red.). Teraz śpiewanie pociąga mnie nawet bardziej niż film. Jest dla mnie nowym wyzwaniem. Aktorstwo przyszło naturalnie, wychowałam się w tym środowisku i zaczęłam grać, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Pani dzieci też już grywają w filmach. Na razie to epizody, ale czy chciałaby pani, żeby poszły w ślady rodziców?

Oczywiście wolałabym, żeby zostały lekarzami albo prawnikami, ale wiem, że będą aktorami, piosenkarzami albo reżyserami. Tak to już jest.

Odebrała pani edukację w katolickiej szkole. Co to znaczy we Francji, najbardziej laickim kraju w Europie?

Od trzeciego do dziesiątego roku życia chodziłam do szkoły prowadzonej przez zakonnice. Nie mam żadnych traumatycznych wspomnień z tego okresu. Moja rodzina nie przywiązywała uwagi do religii, po prostu ta szkoła uchodziła za bardzo dobrą i była blisko domu. A teraz sypiam ze starym Żydem (śmiech), więc chyba nie jestem katolicką konserwatystką. Po wielu latach małżeństwa bliżej mi do żydowskiej tradycji niż jakiejkolwiek innej. Ale bez żadnych szaleństw.

Skoro wróciłyśmy do Romana Polańskiego, podobało się pani w Polsce?

Poza jedzeniem i pogodą, tak.

Rozmawiała Magdalena Michalska