„Jaśniejsza od gwiazd” to historia miłości romantycznego poety Johna Keatsa i granej przez panią Fanny Brawne. Zakochani wzdychają do siebie, wyznają sobie uczucie i piszą listy miłosne, ale tak naprawdę nigdy się do siebie nie zbliżają. Nie miała pani problemu z uwierzeniem w ten związek?

Abbie Cornish: Właśnie czystość emocji bohaterów zafascynowała mnie w tym projekcie. Dzisiaj łatwiej jest porozumiewać się i podróżować, a ze słownika zniknęło pojęcie mezaliansu. Wtedy kochanków dzieliły zarówno odległości fizyczne, jak i społeczne. Fanny chciała być ponad to. Żegnając się z Keatsem przed jego wyjazdem, mówi: „Zrobię dla ciebie, co tylko zechcesz”. Chce się z nim kochać, może nawet zajść w ciążę i wychowywać jego dziecko. On jest jednak świadomy, że zaraz zniknie z jej życia i nie może obarczyć jej takim ciężarem. Okazuje się, że można kogoś kochać zbyt mocno by pójść z nim do łóżka.

Jakim wyzwaniem dla aktorki jest wcielenie się w postać, która może wydawać się niedzisiejsza?

Nie wolno stracić wiary w wizję reżyserki, oceniać bohaterów, narzucać im własnych wyobrażeń i przekonań. Na planie musiałam wciąż przekonywać samą siebie, że miłość może być silna i mocna, a jednocześnie niewinna.

Zdobyła pani uznanie rolami w skromnych, współczesnych obrazach – jak „Candy” czy „Salto”. Czy w filmie Jane Campion kostium z epoki nie przeszkadzał pani wyrażać siebie?

Fanny projektowała ubrania, więc strój stawał się jej środkiem ekspresji. Kostium pomagał mi ją zrozumieć – przynajmniej dopóki nie miałam na sobie sześciu warstw ciuchów. Dla mnie jako aktorki nie ma znaczenia, kiedy rozgrywa się akcja filmu. Interesują mnie emocje, podróż wewnętrzna bohaterów. Poszukiwanie klucza do Fanny dużo mi dało.

Jane Campion pomagała pani na planie?

Pierwszego dnia powiedziała mi: „Ten film to moje dziecko. Teraz jest w twoich rękach”. Jane lubi spokój. Otacza się niewielką liczbą osób, wymaga zachowania ciszy. Stara się też przyjaźnić ze współpracownikami i być z nimi blisko. Nawet zdjęcia próbne, gdy walczyłam o tę rolę, świetnie wspominam. Trwały dwie godziny, rozmawiałyśmy o kolejnych scenach. To fajne, że wciąż jeszcze można odnaleźć w sobie pierwotną radość tworzenia. Tę, która nie zna granic narodowych. Bo właśnie wtedy Jane postanowiła mnie zatrudnić i nie szukać brytyjskiej aktorki do roli Angielki.

Z pani ojczystej Australii wywodzą się takie gwiazdy jak Russell Crowe czy Nicole Kidman. Pani zaczynała karierę razem z Heathem Ledgerem. Jak pani wspomina pracę z nim przy filmie „Candy”?

To było dla mnie ważne doświadczenie. Ale w związku z jego tragiczną śmiercią postanowiłam o nim nie mówić publicznie.

Jak pani tłumaczy sukces australijskich aktorów w Hollywood?

Oni umieją śnić. Australia jest piękna, pełna olbrzymich otwartych przestrzeni. Ja dorastałam na farmie. Wychodziłam rano z domu i spędzałam cały dzień na świeżym powietrzu. Zamiast mp3, telefonów, iPodów miałam drzewa, konie, rzeki. Budziłam się w nocy i widziałam niebo pełne gwiazd. To zmienia nie tylko perspektywę widzenia, ale też marzenia. Ma się wrażenie, że wystarczy wyciągnąć rękę i dotknąć nieba.

Patrząc w gwiazdy widziała pani siebie na czerwonym dywanie?

Nie. Jak byłam mała, nie wyobrażałam sobie siebie jako aktorki. Miałam wielką pasję poznawania świata i chciałam w przyszłości dużo podróżować. Ale potem ta sama żądza nowości zaprowadziła mnie do kina. W wieku 15 lat poszłam na konkurs dla modelek. Zadzwonił do mnie agent i zapytał, czy nie pochodziłabym na castingi. A później jakoś poszło.

I nigdy nie zwątpiła pani w ten zawód?

Nie. Zawsze bardzo mi się podobał proces wchodzenia w rolę i to, że po okrzyku „akcja” nagle jeden świat się zatrzymuje, a drugi rodzi. Oczarowała mnie technika kina. Magia montażu czy zdjęć. A z fascynacji alchemią się nie wyrasta.

>>> Przeczytaj recenzję "Jaśniejszej od gwiazd"