Festiwalowy żywot motyla

Na konferencji otwierającej festiwal Herzog powiedział: "Berlin powinien być miejscem, gdzie docenia się młodych twórców, nie nazwiska o ukształtowanej pozycji w świecie filmowym".

W tym założeniu jest błąd. Festiwal to miejsce, gdzie nagradzać powinno się obrazy wybitne, autorskie, z wyrazistym pomysłem, anie dawać fory twórcom młodszym czy z dalekich krajów. Jeśli w konkursie może wystartować debiutant z Rumunii i twórca klasy Romana Polańskiego, powinny ich obowiązywać te same zasady oceniania. Przecież ten festiwal wygrały kiedyś takie filmy, jak "12 gniewnych ludzi" Lumeta, "Tam gdzie rosną poziomki" Bergmana, "Noc" Antonioniego czy "Matnia" Polańskiego właśnie. Teraz stawia się albo na kino zaangażowane (Złoty Niedźwiedź dla "Elitarnych"), albo wtórne względem eksperymentów filmowych sprzed lat. Przez to nagrody przestają mieć dawne znaczenie. Złoty Niedźwiedź przypada coraz częściej filmom, które żyją w świadomości widzów najwyżej jeden sezon.

Nagrodzona Złotym Niedźwiedziem turecko-niemiecka koprodukcja "Miód" Semiha Kaplanoglu zamyka trylogię, której bohaterem jest młody poeta Yusuf (wcześniejsze części nosiły tytuły "Jajko" i "Mleko"). Tym razem widzimy go jako 6-letniego chłopca (Boras Atlas). Jego ojciec (Erdal Besikcioglu), zbieracz leśnego miodu, zginął w wypadku. Chłopiec podąża jego śladami, bez strachu odnajdując się w niby-niebezpiecznej naturze.



To film oparty na długich, statycznych ujęciach (bardzo chwalone zdjęcia Barisa Ozbicera), niemal pozbawiony dialogów. To, co dzieje się na ekranie, ilustrują tylko dźwięki dzikiej przyrody lasu. "Ten film może liczyć na ogromne uznanie na festiwalach" - pisał krytyk The Hollywood Reporter. "Może też przyciągnąć publiczność kin studyjnych zainteresowaną bukolicznymi klimatami i uduchowionym kinem". Krytyka nie oceniła tureckiego filmu tak entuzjastycznie jak jury. Pisano o chłodnej kalkulacji ukrytej pod płaszczykiem spontanicznego aktu twórczego.


Innowacyjne? Nie, wtórne!

Złoty Niedźwiedź dla "Miodu" nie jest jedyną kontrowersyjną decyzją jurorów. Rumuński obraz "If I Want to Whistle, I Whistle" w reżyserii Florina Serbana nagrodzono Grand Prix Jury i Nagrodą im. Alfreda Bauera za innowacyjne podejście do sztuki filmowej (w zeszłym roku dostał ją Wajda za "Tatarak"). Podziałała moda na rumuńskie kino, która nakazuje wszystko, co tam się produkuje, uznać za dobre. Dlaczego ten wtórny tematycznie i formalnie obraz zostaje wyróżniony chyba najbardziej nieprzystającą nagrodą? "If I Want to Whistle, I Whistle" nie dość, że kopiuje styl, który przyniósł sławę współczesnemu kinu rumuńskiego, to jeszcze oparty jest na oklepanym motywie przestępcy o dobrym sercu.

A przecież były na tegorocznym Berlinale filmy zachwycające koncepcją wizualną i ujęciem tematu, jakich kino jeszcze nie proponowało. Najlepszym przykładem "Howl" pary reżyserów - Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana. Osnuty wokół "Skowytu", jednego z arcydzieł poezji pokolenia bitników, nie jest jednak filmem o beat generation. Ta regularna analiza wiersza przełożona na półtoragodzinny film pokazuje akt kreacji poezji, nie do końca kontrolowany przez analityczną stronę umysłu. Może jurorzy znali inną definicję słowa "innowacyjność"?

Drugim pewniakiem na festiwalowej giełdzie był rosyjski obraz "How I Ended This Summer" w reżyserii Aleksieja Popogrebskiego. To opowieść o dwóch mężczyznach: młodym i starym, prowadzących badania w odciętej od świata arktycznej stacji meteorologicznej. Starszy to weteran tego typu placówek, młody szuka przygody. W surowej scenerii rozegra się między nimi dramat - niestety sztuczny i wydumany. Trudno dyskutować z nagrodą za zdjęcia - otoczenie, w którym kręcono, surowa przyroda, niemal surrealistyczny krajobraz zrobiły swoje. Jednak już wyróżnienie obu aktorów było trochę na wyrost. Chyba że doceniono, że przez dwie godziny próbowali utrzymać napięcie w scenariuszu, który wytrzymałby najwyżej 20-minutową etiudę.



Polański i wielcy pominięci

Jedna z najważniejszych nagród - Srebrny Niedźwiedź za reżyserię - nie budziła chyba niczyich wątpliwości. Przypadła Romanowi Polańskiemu za film "Autor widmo". Ten film na tle pozostałych tytułów był jak zawodnik ekstraklasy, który raptem zagrał gościnny mecz w drugiej lidze. Nie ma tu jednego zbędnego ujęcia, źle poprowadzonej sceny, najmniejszego błędu realizacyjnego czy obsadowego. W lekkim z definicji gatunku thrillera udało mu się powiedzieć rzeczy istotne: pokazuje cywilizację ludzi przegranych. Oglądamy creme de la creme świata, a jednak jesteśmy przekonani, że nie chcielibyśmy być na ich miejscu.


Szkoda, że wśród nagrodzonych zabrakło norweskiego "A Somewhat Gentle Man" czy "Na Putu" bośniackiej reżyserki Jasmili Żbanić. To ten drugi tytuł bardziej zasługiwał na Grand Prix niż obraz Serbana. Może zadziałała czysta kalkulacja - poprzedni film Żbanić "Grbavica" cztery lata temu dostał Złotego Niedźwiedzia - i jurorzy postanowili nie dopieszczać już utytułowanej artystki.

Tymczasem jej "Na Putu" to jedno ze świeższych spojrzeń na poszukiwanie tożsamości we współczesnym społeczeństwie. Wychowana w muzułmańskiej tradycji, choć bez ortodoksyjnego zaplecza, para ludzi żyje w nieformalnym związku. Chcą mieć dziecko, ale do tego potrzebna im mała pomoc ze strony medycyny. Przypadkowe spotkanie z jego kolegą z czasów wojny bałkańskiej - obecnie praktykującym muzułmaninem - zmienia życie pary. Żbanić nie proponuje kina metafizycznego, nie mierzy się z ideą wiary. Ale udaje jej się uchwycić, czym może być religia dla współczesnego człowieka, przed jakimi wyborami go stawia.

Podobnie rzecz się ma z norweskim "A Somewhat Gentle Man" - ciekawym studium alienacji i nieumiejętności porozumienia się. To, co zazwyczaj opowiada się w kinie festiwalowym ze śmiertelną powagą, twórca filmu uchwycił w inteligentnym dowcipie i ironii. Pominięcie tych tytułów przez jury jest symptomatyczne. Były to filmy niemające dręczyć widza, ale wejść z nim dialog. Berlin postanowił promować kino zamknięte, stojące do publiczności plecami, na którym, nomen omen, widz czuje się jak na tureckim kazaniu.



O TYM, CO SIĘ DZIAŁO NA TEGOROCZNYM BERLINALE, CZYTAJ TAKŻE:

6 najważniejszych premier 60. Berlinale >>
Polański zachwycił Berlin, Scorsese już mniej >>
Berlin docenił charyzmę Agaty Buzek >>
Berlinale pod znakiem opowieści rodzinnych >>
Zagraniczne media typują film Polańskiego do Złotego Niedźwiedzia >>
Kino azjatyckie rozczarowało Berlinale >>
Berlinale 2010 finiszuje bez faworyta do Złotego Niedźwiedzia >>
Polański wśród laureatów berlińskich Niedźwiedzi >>