Czytywała pani książki Roberta Harrisa, zanim zaproponowano pani rolę w „Autorze widmo”?

Olivia Williams: Studiowałam łacinę i grekę na uniwersytecie Cambridge, więc znałam dobrze książki, które Harris napisał o starożytnym Rzymie. Mój szwagier, który uczy języków starożytnych, uważa go za swojego idola. Był zachwycony faktem, że będę grała w adaptacji jego książki, choć w takim samym stopniu był rozczarowany, że to nie będzie jeden z tekstów w antycznym kostiumie.


Pojawiła się pani w obsadzie tuż przed zdjęciami, wcześniej ogłoszono, że Tilda Swinton zagra rolę Ruth Lang. Czy mogłaby pani opowiedzieć, jak dostała się pani do projektu Polańskiego?

Cała moja kariera polega na takim „last minute”. Najważniejsze role dostawałam tuż przed zdjęciami, zastępując bardziej znane lub lepiej opłacane aktorki. Obce mi jest poczucie dumy w stylu, nie zrobię tego, bo kto inny miał to robić. Przeciwnie, jestem wdzięczna losowi, że takie rzeczy się zdarzają. W przypadku „Autora widmo” było już naprawdę późno. Nie zdążyłam nawet spotkać Polańskiego. Cała sprawa rozegrała się na poziomie negocjacji agentów i producentów. W pewnym momencie dotarły do mnie niepokojące sygnały: Roman obejrzał jedną z moich sesji zdjęciowych i uznał, że wyglądam jednak za młodo, by grać Ruth, że na pewno nie wyglądam na to samo pokolenie co Pierce Brosnan (grający byłego premiera Wielkiej Brytanii, męża Ruth – red). Spanikowałam, Polański też zresztą. Byłam wtedy w Los Angeles. Mój agent dosłownie wyciągnął mnie z planu produkcji telewizyjnej, nad którą pracowałam i wsadził siłą do samolotu do Paryża, żebym spotkała się z Romanem osobiście.


Szybki lot między Ameryka a Europą może człowieka postarzyć…

Mnie przybyło jakieś 20 lat na samą myśl, że mogę stracić tę pracę. Potem niestety wszystko szło dokładnie na odwrót, niż sobie zaplanowałam. W samolocie Air France, którym leciałam, rozdawali takie urocze próbki kremów. Z głupoty nałożyłam to sobie na twarz. Normalnie, kiedy człowiek chce wyglądać dobrze, nic nie działa, a tym razem okazało się, że to jakiś cud kosmetyk i moja twarz nabrała nastoletniego wyglądu! Poszłam z nosem na kwintę i ta młodziutka buźka na spotkanie, zjedliśmy kolację, od wypitego wina na policzki wystąpiły mi takie niewinne kolorki. Czegokolwiek nie próbowałam, młodniałam w oczach. Mimo to Roman postanowił dać mi szansę i następnego zaprosił mnie na próby z charakteryzacją. W Stanach aktor jest przyzwyczajony, że wszyscy są mili i podlizują ci się w takich okolicznościach niemiłosiernie. Tymczasem tak, w Paryżu, odbyła się bitwa: wszyscy krzyczeli na siebie: to niemożliwe, to okropne, patrz jak beznadziejnie młodo wygląda. Pamiętam, że siedziałam tam skulona przed lustrem i myślałam: To tylko włosy, jak będzie wyglądał plan filmowy!?


I jak wyglądał?

O daleki był od określeń: łagodny i miły. Ci ludzie pracują na 150 procent, oddają całych siebie projektowi. Najlepsze efekty osiągają nie przez gładkie negocjacje, tylko prawdziwe dramaty i ekstremalna pasję. Roman, kiedy go denerwowałam, sam wstawał i grał moją rolę, każąc mi kopiować to, co on robi. Kiedy już byliśmy na przyjacielskiej stopie, odkrzyknęłam mu raz: „Chcesz, żeby Ruth Lang była 74-letnim facetem? W dodatku Polakiem?”. Uśmiał się. Roman ma niesamowite poczucie humoru. Któregoś dnia ja grałam, a on siedział na planie z głową zwieszona i twarzą ukryta w rękach. Podeszłam do niego i powiedziałam” „Roman, słuchaj, nie masz pojęcia, co czuje aktorka, gdy po scenie widzi reżysera w takim stanie. Dałam z siebie wszystko, co mam zrobić inaczej?”. On na to: „Próbuje sobie przypomnieć, jaki obraz miałem przed oczami, kiedy pisaliśmy tę scenę. Szukam pierwotnego pomysłu, który miałem w głowie, zanim wszystko skopaliśmy”. Kiedy mi już wyjaśnił, co dzieje się w jego głowie, kiedy wygląda na tak nieszczęśliwego, natychmiast czułam się w obowiązku pomóc i dawałam z siebie jeszcze więcej.


Jak Polański prowadzi aktora?

Widzi przede wszystkim aktora. Nie chce wiedzieć, jak się czujesz, co masz w środku i jak dochodzisz do momentu, w którym możesz grać. Mówi: Masz stanąć tu, w takim świetle i powiedzieć tę kwestię. Jest przeciwieństwem reżysera terapeuty. To mi się bardzo w nim podoba, bo nie przepadam za reżyserami, którzy za punkt honoru stawiają sobie na pogrzebać aktorowi w mózgu. Mam wrażenie, że oni traktują aktora jak dziecko, które jest zbyt wrażliwe, by zrozumie, co ma robić, że zbyt duża wiedza o filmie, w którym gra, może go psychicznie rozstroić. Roman stawia sprawę jasno: on tworzy postać, a aktor ma mieć umiejętność zagrania jej tak, jak on sobie wymyślił. Roman ma energię dzieciaka, którą trudno sobie wyobrazić. Potrafi biec niemal sprintem tyłem, by widzieć aktorów grających scenę spaceru!

Ekranizacja Polańskiego jest bardzo wierna książce, choć ci, którzy ją znają, będą zaskoczeni finałową sceną. Pamięta pani kręcenie końcówki filmu?

Pamiętam, że nie wiedzieliśmy, jak to się ma skończyć. Podeszłam do Romana i zapytałam, co robimy. On na to, że poprosił scenografa i pierwszego asystenta by przygotowali pusta ulicę i nic więcej na razie nie wie. Podobnie kręcił finał „Chinatown”. Poprosił o pusta ulicę. W odpowiednim momencie powiedział ekipie, co ma robić. Kilka rzeczy wyszło spontanicznie. W takich momentach nawet aktor czuje magię kina. Skoro jest pani z Polski, czy mogę się zapytać, jak Polacy komentują w tej chwili to, co dzieje się z Romanem?

Są podzieleni. Jak wszyscy pewnie w tej kwestii. Ale ucieszyło mnie, że na konferencji prasowej po premierze filmu, tu w Berlinie, nikt o to nie zapytał.

Ja też byłam tym pozytywnie zaskoczona. Bałam się, że promując film, będę musiała głównie wygłaszać oświadczenia, co sądzę o sprawie ewentualnej deportacji Romana do Stanów. Może to znaczy, że film się broni?