Taka sytuacja stała się już właściwie tradycją w Berlinie. Od kilku lat obserwatorzy i dziennikarze odnoszą się z dystansem do wyborów jurorów, jako decyzji po linii mody i polityki bardziej niż sztuki. W tym roku wniknięcie w umysły oceniających filmy jest jeszcze bardziej skomplikowane, bo przewodniczy im ekscentryczny Werner Herzog. Jedyna wskazówką może być wypowiedź szefa jury, który podczas konferencji otwierającej festiwal, powiedział: „Berlin powinien być miejscem, gdzie docenia się młodych twórców, nie nazwiska o ukształtowanej pozycji w świecie filmowym”.



Czy Berlin doceni Polańskiego?

Najlepszym obrazem festiwalu był „Autor Widmo”. Pytanie tylko, czy Berlin rozmiłowany w kameralnym kinie z dalekich krajów zechce docenić film anglojęzyczny z gwiazdami w obsadzie? Nie zmienia to faktu, że Polański gra w zupełnie innej klasie niż większość prezentujących tu swoje filmy reżyserów. Jeśli nie przypadnie mu Złoty Niedźwiedź, mam nadzieje, że jurorzy przyznają twórcy „Autora widmo” nagrodę za reżyserię.

Ze średnich ocen krytyków piszących dla codziennej prasy festiwalowej wynika wprawdzie, że film Polańskiego jest w czołówce kandydatów do Złotego Niedźwiedzia, ale wyprzedza go m.in. słaby i wtórny rumuński „If I Want to Whistle, I Whistle”. Sporo zwolenników ma też obraz Wanga Quan'ana „Apart Together” oraz film Thomasa Vinterberga „Submarino”. Znamienne jest to, że mimo iż wielu obserwatorów festiwalu obiecywało sobie sporo po tegorocznej selekcji, bardzo niewiele filmów konkursowym otrzymało w prasie festiwalowej najwyższe noty.


Złe matki i wyrokowcy

Znacznie łatwiejsze niż przewidywanie zwycięzców, jest przyjrzenie się jaki był ten festiwal. Rzeczywiście, zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami szefa Berlinale Dietera Kosslicka miał wyraźny profil tematyczny, którym była rodzina bądź postawiona w sytuacji ekstremalnej, bądź taka, którą współczesna psychologia określiłaby mianem dysfunkcyjnej. Traumy nieudanych związków noszą w sobie niemal wszyscy bohaterowie tegorocznych filmów.




Z pokazanych w drugiej części festiwalu tytułów najbardziej przypadło mi do gustu to, jak relacje międzyludzkie rozgrywa norweski obraz "En Ganske snill mann" ("A Somewhat Gentle Man”) w reżyserii Hansa Petera Molanda. Głównie dlatego, że skandynawski twórca podszedł do tematu z ironią. Bohater jego filmu, Ulrik (świetny Stellan Skarsgard), wydaje się człowiekiem bez właściwości. Po 12-letniej odsiadce za zamordowanie kochanka żony, opuścił więzienie. Wszyscy, których spotyka na wolności, mają jakiś plan na jego życie i lepiej niż on sam wiedzą, co dla niego najlepsze. Ulrik potulnie zamieszkuje w piwnicy, którą wynajęli mu dawni kumple i idzie do załatwionej przez nich pracy w warsztacie samochodowym. Godzi się na obmyślony przez lokalnych zbiór plan zemsty na facecie, który wydał go policji. Wydaje się, że mężczyzna wiedzie kompletnie niekontrolowane życie, z pokerową twarzą przyjmując wszystko, co go spotyka. Okazuje się jednak, że ma też własny plan i własne priorytety.


Ciekawe, że bohater filmu Molanda nie jest jedynym wyrokowcem wśród bohaterów filmów tegorocznego Berlinale. Widać przydał twórcom do gustu ten łatwy sposób ustawienia bohatera w pozycji outsidera. Scena opuszczania więzienia otwiera oparty na prawdziwej historii austriacki film "Der Räuber" ("Rabuś") o Hansie Rettenbergu, który był maratończykiem-amatorem, a między treningami i zawodami, okradał banki.

W więzieniu – tym razem dla młodocianych przestępców rozgrywa się „If I Want to Whistle, I Whistle”. Ten film nosi w sobie zresztą posmak tandetnego freudyzmu, w którym złe życie bohatera jest niezależnym od niego wynikiem tego, jak postępowała z nim matka. Znacznie ciekawiej robiło się na festiwalu, gdy skomplikowane relacje rodzinne twórcy szkicowali delikatniejszą kreską jak w „Autorze widmo” Polańskiego, chińskim „Apart Together” czy w „Howl”.


Ballady o marności

Z podobną tematyką, choć ujętą z różnych perspektyw, mierzą się w swoich prezentowanych na Berlinale filmach m.in. Jasmila Zbanić („Na putu”, którego akcja dzieje się po wojnie bałkańskiej), Burhan Qurbani („Shahada” opowieść o trójce młodych arabów w Berlinie, którzy konfrontują wiarę i tradycje swoich rodzin z nowoczesnym światem) czy Pernille Fisher Christensen („Familien Rheinwald”).




Diagnoza tego świata, jak to często bywa w programie Berlinale, daleka jest od optymizmu. Rządzą, przemoc, brud, ludzie są uwikłani, ohydni, skazani jeśli nie na mierny żywot, to na podłą kondycję moralną. Na wszystko zgoda, ale czasem marzy mi się by kino znalazło nowe środki by opowiadać o naszej marności. Te wypróbowane i oklepane, niestety, już zaczynają słabo działać. Z odpowiedzią na pytanie czyja wizja rozpadu wartości, świata, rodziny przypadła jurorom do gustu trzeba będzie poczekać do soboty.



O BERLINALE 2010 CZYTAJ TAKŻE:

6 najważniejszych premier 60. Berlinale >>
Polański zachwycił Berlin, Scorsese już mniej >>
Berlin docenił charyzmę Agaty Buzek >>
Berlinale pod znakiem opowieści rodzinnych >>
Zagraniczne media typują film Polańskiego do Złotego Niedźwiedzia >>
Kino azjatyckie rozczarowało Berlinale >>