Wielka rozróba w Paryżu z Kasią Smutniak
Luc Besson jest uparty. Chociaż kolejne jego produkcje zbierają zasłużone cięgi od krytyki, chociaż kolejne prościutkie, sztampowe scenariusze ocierają się o wtórną grafomanię, Besson konsekwentnie realizuje swój program na niepoważne kino akcji. "Pozdrowienia z Paryża" to kolejny bolesny przykład. Obraz od 19 lutego w polskich kinach.
- "Pozdrowienia z Paryża"
- Ten zakochany żołnierz pokonał "Avatara"
- Polka robi karierę u boku Travolty
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 23°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Pozdrowienia z Paryża"
(AKA "From Paris With Love")
Francja 2010; reżyseria: Pierre Morel; obsada: Jonathan Rhys-Meyers, John Travolta, Kasia Smutniak; dystrybucja: Monolith; czas: 93 min; Premiera: 19 lutego; Ocen 2/6
Bessonowi zdarza się nawet odnosić małe komercyjne sukcesiki, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że rozmienia swoje nazwisko na drobne. Firmuje (i już niestety nie filmuje) produkcje co
najwyżej przeciętne, a coraz częściej beznadziejnie słabe, a hasło „Luc Besson przedstawia” staje się coraz skuteczniejszą antyreklamą jego filmopodobnych
przedsięwzięć.
„Pozdrowienia z Paryża” (zgrabnie parafrazujące tytuł jednego z najlepszych Bondów) powierzył Besson wypróbowanemu kumplowi Pierre’owi Morelowi, z którym zrobił
wcześniej „13 dzielnicę” i „Uprowadzoną”. Oba filmy zrobiły niezłą kasę, więc czemu nie spróbować jeszcze raz? Sklecił Besson kolejną mieszankę
akcji i humoru, rozpisał na parę głównych bohaterów, zatrudnił w głównych rolach Johna Travoltę i Johnattana Rhysa Meyersa, dla dekoracji dodał im naszą eksportową modelkę Kasię
Smutniak i przepis gotowy. Obnoszący po ekranie efektowną łysinę, napakowany i zakolczykowany Travolta gra tutaj niejakiego Charliego Waxa – nieprzewidywalnego agenta CIA na gościnnych
występach w Paryżu. Jego partnerem zostaje James – szpieg na dorobku – akuratny, grzeczny i ambitny technokrata. Czyli całkowite przeciwieństwo rockandrollowego rozrabiaki, z
którym musi pracować. Razem mają udaremnić plany groźnego terrorysty, a na wykonanie zadania mają ledwie 48 godzin. Albo się dogadają, albo zginą.
Właściwie jedyny patent na popychanie akcji do przodu, to rozgrywanie kontrastu między parą głównych bohaterów. Travolta działa jak taran. Wszędzie, gdzie się pojawi robi zadymę. Wpada na obiad do chińskiej knajpki, a kiedy wychodzi knajpki właściwie już nie ma. Z radością wali w mordę czym popadnie, kogoś zastrzeli, wysadzi w powietrze. Z rutynowym uśmiechem. W końcu ta
robota to jego chleb powszedni. Przyzwyczjony do pracy w białych rękawiczkach jego partner jest przerażony. Kompletnie się w nowej sytuacji nie odnajduje, a na dodatek musi się jeszcze
tłumaczyć pięknej narzeczonej, która w całej intrydze także odegra swoją rolę. Ot, i cały pomysł na scenariusz sprawiający wrażenie dość chaotycznego zlepku klisz napisanych na
kolanie.













































~Darek2011-02-10 23:16
Bzdura, film jest swietny.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!