"Pozdrowienia z Paryża"
(AKA "From Paris With Love")
Francja 2010; reżyseria: Pierre Morel; obsada: Jonathan Rhys-Meyers, John Travolta, Kasia Smutniak; dystrybucja: Monolith; czas: 93 min; Premiera: 19 lutego; Ocen 2/6



Bessonowi zdarza się nawet odnosić małe komercyjne sukcesiki, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że rozmienia swoje nazwisko na drobne. Firmuje (i już niestety nie filmuje) produkcje co najwyżej przeciętne, a coraz częściej beznadziejnie słabe, a hasło „Luc Besson przedstawia” staje się coraz skuteczniejszą antyreklamą jego filmopodobnych przedsięwzięć.

„Pozdrowienia z Paryża” (zgrabnie parafrazujące tytuł jednego z najlepszych Bondów) powierzył Besson wypróbowanemu kumplowi Pierre’owi Morelowi, z którym zrobił wcześniej „13 dzielnicę” i „Uprowadzoną”. Oba filmy zrobiły niezłą kasę, więc czemu nie spróbować jeszcze raz? Sklecił Besson kolejną mieszankę akcji i humoru, rozpisał na parę głównych bohaterów, zatrudnił w głównych rolach Johna Travoltę i Johnattana Rhysa Meyersa, dla dekoracji dodał im naszą eksportową modelkę Kasię Smutniak i przepis gotowy. Obnoszący po ekranie efektowną łysinę, napakowany i zakolczykowany Travolta gra tutaj niejakiego Charliego Waxa – nieprzewidywalnego agenta CIA na gościnnych występach w Paryżu. Jego partnerem zostaje James – szpieg na dorobku – akuratny, grzeczny i ambitny technokrata. Czyli całkowite przeciwieństwo rockandrollowego rozrabiaki, z którym musi pracować. Razem mają udaremnić plany groźnego terrorysty, a na wykonanie zadania mają ledwie 48 godzin. Albo się dogadają, albo zginą.



Właściwie jedyny patent na popychanie akcji do przodu, to rozgrywanie kontrastu między parą głównych bohaterów. Travolta działa jak taran. Wszędzie, gdzie się pojawi robi zadymę. Wpada na obiad do chińskiej knajpki, a kiedy wychodzi knajpki właściwie już nie ma. Z radością wali w mordę czym popadnie, kogoś zastrzeli, wysadzi w powietrze. Z rutynowym uśmiechem. W końcu ta robota to jego chleb powszedni. Przyzwyczjony do pracy w białych rękawiczkach jego partner jest przerażony. Kompletnie się w nowej sytuacji nie odnajduje, a na dodatek musi się jeszcze tłumaczyć pięknej narzeczonej, która w całej intrydze także odegra swoją rolę. Ot, i cały pomysł na scenariusz sprawiający wrażenie dość chaotycznego zlepku klisz napisanych na kolanie.


I tak to się toczy. Travolta się rozbija, Rhys Meyers przeżywa dysonans poznawczy, a Smutniak wdzięczy do kamery (w czerwonych szpilkach i seksownym negliżu bardzo jej do twarzy) przygotowując przewidywalną przewrotkę. Pociski latają, samochody wybuchają, kolejni przeciwnicy padają pod ciosami pał i pięści. Szybko te atrakcje zaczynają nużyć. Konflikt charakterów rychło grzęźnie w stereotypowych zagrywkach, toporny humor mało jakoś bawi, aranżowane w najrozmaitszych wariantach rozpierduchy nudzą niemiłosiernie, a naiwność, wtórność i przewidywalność fabuły jest wprost rozbrajająca. Momentami ociera się to widowisko o campową stylizację. Tyle, że niestety bez świadomości twórców.



Luc Besson po raz kolejny udowadnia, że choć tryska pomysłami niczym wodospad Niagara, to nie ma za grosz wyczucia smaku, a przy tym dystansu do owoców własnej inwencji. Łączy wszystko ze wszystkim, miesza bez ładu i składu. W „Pozdrowieniach z Paryża” wyszło mu z tego mieszania to, co zwykle – uformowany w bombastyczną, niewybredną komedię bezmyślny i nielogiczny groch z kapustą, który chyba nawet najzagorzalszym fanom „Taxi”, „Transportera” i „13 dzielnicy” może stanąć kołkiem w gardle.