"Uwikłani"
(AKA "Savage Grace")
USA/Hiszpania/Francja 2007; reżyseria: Tom Kalin; obsada: Julianne Moore, Stephen Dillane, Eddie Redmayne; dystrybucja: Best Film; czas: 97 min; Premiera: 19 lutego; Ocena 2/6



Towarzyska socjeta, depresja, kazirodztwo: „Uwikłani” są adaptacją skandalizującej powieści Natalie Robins i Stevena M.L. Aronsona opisującej rozkład rodziny Beaklandów. Historia układa się na wzór tragedii antycznej – jest w niej przepych i zepsucie, morderstwo bez powodu i choroba psychiczna, dyskretny urok pożądania i mrok kazirodczej perwersji. Wydawało się, że właśnie Kalin – autor mrocznego thrillera „Swoon” z 1992 roku, opowiadającego o dwóch gejach, którzy w 1920 roku porwali dla okupu i zamordowali dziecko, jest wymarzonym reżyserem dla takiego projektu, jednak lata pracy w wideo-art zrobiły swoje. Tom Kalin wymarzył sobie zapewne połączenie radykalnej historii z właściwą współczesnej plastyce nieokreślonością formalną. Efekt jest groteskowy.

Julianne Moore ofiarnie gra w filmie Barbarę Daly – niestabilną emocjonalnie, fascynującą kobietę, która weszła do szanowanej rodziny wynalazców syntetycznego tworzywa sztucznego – bakelitu. Elita, w której nagle znalazła się Daly, ma swoje zastane prawidła: oznacza zakłamanie, pogardę i hipokryzję. Barbarze było źle w tym gorsecie. Rozpinała zatem wszystkie guziczki. Aż do ostatniego…


Kalin rozpisał „Uwikłanych” na kilka, oddzielonych konkretnymi datami, rozdziałów. Akcja filmu rozgrywa się zatem od 1946 do 1972 roku. Każda odsłona ma zaś własny, niepodległy wobec pozostałych, charakter formalny. Od wykorzystania kamery subiektywnej, poprzez plan amerykański, na efektach kojarzonych z wideo-art (scena w wannie) kończąc. Efekt szczególnego realizmu reżyser starał się osiągnąć dzięki nieustannej zmienności wątków, nastrojów i poetyk. Te przejścia odbywają się jednak topornie – jakby reżyser wyszedł na kawę albo wciąż zmieniał operatorów. A film sam się nakręcił.

Oto Barbara (Moore): seksowna kobieta, która początkowo czuje się na salonach jak ryba w wodzie, ale nagle ta piękna ryba psuje się od głowy – doskonale pracujący mechanizm gwiazdy elity staje się dysfunkcyjny. Oto Tony Beakland (ciekawy Eddie Redmayne). Po matce odziedziczył emocjonalną huśtawkę, po ojcu tęsknotę za świętym spokojem. Nie można tego pogodzić, dlatego Tony najpierw buntuje się, potem ucieka z domu, tęskni za tatą i zmarłym psem, pieprzy z chłopakami, w końcu świruje. Tragiczny finał historii erotycznego i psychicznego uzależniania matki od syna, nieobecnego ojca od tęskniącego dziecka, ma w sobie coś z koniecznego dopełnienia edypalnej wiwisekcji. Jednak w „Uwikłanych” Kalina wywołuje nie tyle katharsis, co konfuzję. Bo nie sposób przejąć się szamotaniną bohaterów, skoro wciąż myślimy przede wszystkim o tym, że oglądamy fatalnie zainscenizowane sceny, zupełnie niepoprowadzonych aktorów, bardzo złe kino. „Uwikłani” to bowiem kolejny przykład filmowego egocentryzmu, który wielu ambitnym reżyserom każe wierzyć, że są automatyczną inkarnacją Antonioniego czy Tarkowskiego. Mają szaloną wizję, a reszta ułoży się sama. Tymczasem w kinie konieczna jest także metoda, która w odpowiednim dla założonej narracji rytmie porządkowałaby chaos myśli zapisanych w scenariuszu, intuicjach aktorskich czy najbardziej nawet szalonych reżyserskich marzeniach. W „Uwikłanych” Toma Kalina mamy jednak wyłącznie nadęte reżyserskie ego, które przesłoniło jakąkolwiek metodę. Dlatego balon pęka z trzaskiem.