Swoje filmy zaprezentowali już Amerykanie. "Skowyt" spodoba się wszystkim, którzy dadzą się ponieść jego hybrydycznej konstrukcji. Z kolei "Greenberg" z Benem Stillerem jest skromnym i dość przewidywalnym kinem spod znaku festiwalu w Sundance.



Rumuńska nowa fala

Po sukcesach rumuńskiego kina na światowych festiwalach, uwieńczonych canneńską Złotą Palmą dla "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni" Cristiana Mungiu dwa lata temu, tamtejsza kinematografia zyskała wielki kredyt zaufania u krytyki. Patrząc na berlińskie zachwyty nad "If I Want to Whistle, I Whistle" (oryg. "Eu când vreau să fluier, fluier"), wydaje się, że nadzieje związane z Rumunami były nieco trochę na wyrost. Debiutancki obraz Florina Serbana jest prościutki, wtórny, nie dość, że kopiujący styl, który przyniósł sławę kinu rumuńskiego, to jeszcze oparty na oklepanym motywie przestępcy o dobrym sercu.


Scenariusz powstał na podstawie sztuki teatralnej, napisali go wspólnie reżyser i producent filmu Catalin Mitulescu. Akcja rozgrywa się w zakładzie poprawczym, w którym kończy odsiadywać swój czteroletni wyrok Silviu. Nie wiemy, za co tam trafił, ale wiemy, że wcześniej opiekował się samotnie młodszym bratem. Teraz, kiedy do ich ponownego spotkania pozostało zaledwie parę dni, ni stąd, ni zowąd pojawia się matka chłopców i chce zabrać młodszego do Włoch, gdzie urządziła sobie ponownie życie. Silviu, który wini matkę za swe wszystkie nieszczęścia, uważa, że wyjazd z nią zniszczy także jego brata. Obmyśla plan wyrwania chłopca z rąk rodzicielki, w którym znaczącą rolę odegra urocza pracownica socjalna zatrudniona w poprawczaku.

Jest błąd logiczny, który nie pozwala widzowi zaangażować się po stronie bohatera: jak wychował małego chłopca, skoro ostatnie cztery lata spędził w zamknięciu? Jakie były motywacje matki?

Jak w każdym filmie rumuńskim wszystko rozgrywa się w paskudnych wnętrzach, wśród odpychających ludzi. Nawet praca kamery - zawsze niemal przyklejonej do bohaterów - jest kopią metody filmowania, jaką przyjęła tzw. rumuńska nowa fala.

Drugi ulubiony film krytyków to obraz z kategorii ekstremalnych przeżyć emocjonalnych. Reżyser "Festen", Thomas Vinterberg, opowiada w "Submarino" historie dysfunkcyjnych związków rodzinnych. Bohaterami są dwaj bracia, których drogi życiowe wyznaczyło dorastanie z matką alkoholiczką. Przemoc, wódka, narkotyki, psychiczne tortury - niektóre obrazy z tego filmu są nie do zniesienia.


Poemat pisany kamerą

W mojej opinii jak dotąd jednym z najciekawszych filmów festiwalu był "Skowyt" Roba Epsteina i Jeffreya Friedmana. Duet, który 20 lat temu wspólnie zdobył Oscara za pełnometrażowy dokument "Common Threads: Stories from the Quilt". Epstein otrzymał także statuetkę za dokument o Harveyu Milku.

"Skowyt" jest ich debiutem fabularnym. Fabuła - choć to słowo nie do końca pasuje do ich filmu - jest osnuta wokół procesu, jaki w 1957 roku w San Francisco wytoczono Allenowi Ginsbergowi (James Franco) za opublikowanie poematu "Skowyt". W roli świadków wystąpili znawcy literatury: krytycy, historycy, wykładowcy. W roli oskarżycieli tak zwani zwyczajni czytelnicy, dla których treść poematu wydawała się niezrozumiała, a nawet obraźliwa.

Twórcy prowadzą film na trzech poziomach narracyjnych: samego procesu, wywiadu z Ginsbergiem czekającym na wyrok sądu i animacji, która pojawia się jako ilustracja czytanego przez niego poematu. To nie jest film o beat generation ani o zaściankowości Ameryki lat 50. Choć zabrzmi to zaskakująco, jest to regularna analiza wiersza przełożona na półtoragodzinny film. Analiza oczarowująca, wciągająca, niesamowita. Pokazująca akt kreacji poezji, nie do końca kontrolowany przez analityczną stronę umysłu. Nie wiem, czy taki film ma szanse dostać się do polskich kin. Ale mam nadzieję, że chociaż dystrybutorzy DVD się nim zainteresują.




Stiller wabikiem dla mediów

Drugi reprezentant amerykańskiej kinematografii na Berlinale to "Greenberg". Film w stylu kina niezależnego pokazywanego na festiwalu w Sundance - prościutki, z hollywoodzką gwiazdą obsadzoną inaczej niż zwykle. "To film o tym, jak gusta określają człowieka i o ludziach, którzy próbują zdefiniować siebie przez swoje gusta" - mówił reżyser Noah Baumach podczas konferencji prasowej.

Roger Greenberg właśnie wyszedł z kliniki psychiatrycznej, gdzie odchorowywał załamanie nerwowe. W młodości był muzykiem, obecnie jest cieślą. Z rodzinnego LA uciekł do Nowego Jorku. Teraz powraca do Miasta Aniołów, by przy okazji opieki nad willą brata, który wypuścił się na dłuższe wakacje, trochę ogarnąć własne życie. Na miejscu spotyka uroczą gosposię Florence, która pozornie świetnie zorganizowana, w środku jest chodzącym chaosem. Spotkania tych dwojga wprowadzą jeszcze więcej zamieszania w ich życie.



Ten film to dość dziwny wybór jak na Berlin. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wybrano go głównie dlatego, że przyjazd Bena Stillera przyciągnął sporo dziennikarzy z kolorowej prasy. Co ciekawe, oba te tytuły można by też oglądać pod kontem pokazanych w nich relacji rodzinnych - a one wedle słów Dietera Kosslicka, szefa Berlinale, są tematem przewodnim tegorocznego festiwalu. Filmowy Allen Ginsberg opowiada o traumatycznych przeżyciach związanych z matką i próbie ułożenia sobie życia w związkach homoseksualnych, a "Greenberg" jeżeli w ogóle o czymś jest, to o nieumiejętności budowania głębokich relacji między ludźmi.



CZYTAJ TAKŻE:

6 najważniejszych premier 60. Berlinale >>

Polański zachwycił Berlin, Scorsese już mniej >>

Berlin docenił charyzmę Agaty Buzek >>