"Amelia Earhart"
(oryg. "Amelia")
USA 2009; reżyseria: Mira Nair; obsada: Hilary Swank, Richard Gere, Ewan McGregor, Christopher Eccleston; czas: 112 min; dystrybucja: Imperial-Cinepix; premiera: 12 lutego; Ocena 2/6



Wojtek Kałużyński. krytyk filmowy "Dziennika Gazety Prawnej", o filmie:

Życie Amelii Earhart, choć może mniej barwne i mniej zaprawione ekscentryzmem niż biografia Howarda Hughesa, z pewnością dało się wykorzystać jako podstawa znacznie lepszego scenariusza filmowego niż ten, który wysmażyła Anna Hamilton Phelan na spółkę z Ronem Bassem.

Earhart – pilotka, dziennikarka, poetka awansowana na jedną z ikon feminizmu, życiorys miała sam w sobie bardzo filmowy. Była pierwszą kobietą, która w 1928 roku przeleciała nad Atlantykiem jako pasażerka i pierwszą kobietą, która już jako pilot uczyniła to samotnie w 1932 roku (jako druga po wielkim Lindberghu osoba na świecie). Została gwiazdą, pisała bestsellerowe wspomnienia z podróży, grała w reklamach, bywała na salonach. Pilotowała samolot z samą pierwszą damą Eleonorą Roosvelt na pokładzie. W 1937 roku podjęła próbę okrążenia kuli ziemskiej wzdłuż równika. Gdyby się udało, byłaby pierwszą kobietą, która przeleciała dookoła świata. Po 40 dniach podróży i przebyciu około 3/4 dystansu, po wystartowaniu z Nowej Gwinei, lecąc nad Oceanem Spokojnym razem z nawigatorem Fredem Noonanem stracili kontakt radiowy. Pomimo natychmiastowego podjęcia poszukiwań nigdy nie odnaleziono żadnych szczątków samolotu.


Importowana z Indii do Hollywood Mira Nair przedstawia nam Earhart (Hilary Swank) w roku 1928, gdy ta poznaje wydawcę George’a Puttnama (Richard Gere). To on organizuje jej pierwszy atlantycki przelot. Wkrótce się w niej zakochuje, biorą ślub. A Nair uparcie nanizuje kolejne biograficzne fakty, wpisuje pionierskie przedsięwzięcia bohaterki w melodramatyczną strukturę. Tyle że żadnego konfliktu nie potrafi uczynić osią swego filmu, ukonstytuować w choćby zalążek realnego dramatu.

Wszystko wydaje się tu pozorowane i opowiadane na pół gwizdka. Romans Amelii z entuzjastą lotnictwa Gene’em Vidalem (Ewan McGregor), zazdrość Puttnama, kapitulacja i pojednanie małżonków. Wszystko toczy się gładziutko, bez zadr, dylematów, cierpień i rozdarć, a bohaterowie przesuwani jak pionki po szachownicy grzecznie podporządkowują się stereotypowym charakterystykom zredukowanym do kilku epitetów. Amelia – wyemancypowany niespokojny duch, Puttnam – mąż, który rozumie, że nie zdoła zapanować nad żoną, więc przełamuje się, spełnia i finansuje jej lotnicze projekty, Vidal – blade tło, antidotum na niezrozumienie ze strony męża. Role rozdane, melodramat skrojony, zainscenizowany i zakończony rozdzierającym finałem – celebrowanym, rozciąganym w czasie, podrasowywanym kiczowatymi chwytami obliczonymi na manipulowanie emocjami. W międzyczasie zaś dwa przeloty nad Atlantykiem pokazane tak, jakby zdarzyły się nieomal przez przypadek, odrobina dramatyzmu, piękne widoczki z Afryki, Nowej Gwinei. I to właściwie cały film o Earhart – biopic, który nie chce być biografią, wolałby melodramatem, tyle że nie bardzo wie jak.


Jeśli już coś z tego filmu się będzie pamiętać, to niezawodną Hilary Swank w głównej roli. Nie tylko ze względu na uderzające podobieństwo do głównej bohaterki. Swank udaje się w kilku momentach tchnąć odrobinę życia w kukłę swej postaci. Wystarczy spojrzenie w przestrzeń ponad chmurami, cień uśmiechu, drobny gest, by coś o awiatorskiej pasji Amelii Earhart powiedzieć. Ale ani Swank, ani przekonujący w końcu w swojej przemianie Richard Gere nie byli w stanie tego filmu uratować. Mirze Nair udała się rzadka sztuka – i fascynującą bohaterkę, i ciekawą historię, i znakomitych aktorów utopiła w Pacyfiku banału.

p