"Walentynki"
(oryg. "Valentine’s Day")
USA 2010; reżyseria: Garry Marshall; obsada: Julia Roberts, Anne Hathaway, Ashthon Kutcher, Jessica Alba; dystrybucja: Warner; czas: 90 min; Premiera: 12 lutego; Ocena 3/6



Delicje sporządzone według sprawdzonego hollywoodzkiego przepisu na romantyczny hit: weźmy młodych, przystojnych aktorów, ładnie ich ubierzmy i opowiedzmy jakąś wzruszającą historyjkę o miłości i przyjaźni. Reżyser Garry Marshall świetnie wie, jak coś takiego upichcić, w końcu już nieraz jedliśmy mu z ręki, szlochając na „Pretty Woman” czy śmiejąc się z „Pamiętnika księżniczki”.

Tym razem, by wzmocnić efekt, opowiada kilka przeplatających się historii, jeśli zaś chodzi o stawkę aktorską, to naprawdę zaszalał. Oprócz jego ulubionych gwiazd, takich jak Julia Roberts czy Anne Hathaway, na ekranie po prostu roi się od młodych, pięknych i bogatych rodem z Fabryki Snów: Ashton Kutcher, Jessica Alba, Jennifer Garner, Topher Grace, Jessica Biel, Jamie Foxx, Queen Latifah, Patrick Dempsey – niektórzy z nich są naprawdę dobrymi aktorami. W wielowątkowej fabule znalazło się miejsce nawet dla tak wybitnych postaci, jak Kathy Bates czy Shirley MacLaine, nawet jeśli pełnią tylko rolę wisienki na torcie.



Akcja rozgrywa się w Dniu św. Walentego w Los Angeles i dotyczy, jak nietrudno zgadnąć, miłości w rozmaitych jej formach i aspektach, a poszczególne wątki łączy postać właściciela kwiaciarni, w którego wciela się Kutcher. Na plus twórcom trzeba zaliczyć, że nie wszystkie historie opowiadają o banalnych damsko-męskich romansach. Znalazło się miejsce na miłość między matką a dzieckiem, między starszymi ludźmi czy związek gejowski. Wszystko to w ramach zgrabnego scenariusza, okraszonego szczyptą humoru i kilkoma łzami wzruszenia. Przyznaję, oglądanie „Walentynek” to przyjemność wstydliwa, ale jednak na tyle duża, by zapomnieć o ewentualnym niesmaku z powodu kiepskiego aktorstwa Ashtona Kutchera.