"Wciąż ją kocham"
(oryg. "Dear John")
USA 2010; reżyseria: Lasse Hallström; obsada: Channing Tatum, Amanda Seyfried, Richard Jenkins; dystrybucja: Best Film; czas: 105 min; Premiera: 12 lutego; Ocena 2/6



W dużej mierze jest to wada samego scenariusza bazującego na powieści Nicholasa Sparksa, amerykańskiego odpowiednika naszego Janusza L. Wiśniewskiego, czyli speca od naprawdę łzawych historii miłosnych, obfitujących we wszelkiej maści życiowe dramaty, takie jak choroby, śmierć, rozstania i powroty. Zresztą Hollywood poznało się na komercyjnym potencjale niosących łatwe pocieszenia książek Sparksa i konsekwentnie ekranizuje jego kolejne dzieła. Takie jak np. „Pamiętnik” z Ryanem Goslingiem i Geną Rowlands w obsadzie, o chorej na Alzheimera staruszce, której mąż codziennie opowiada piekną historię miłosną: ich własną, o której z powodu choroby zdołała zapomnieć...

Scenariusz „Wciąż ją kocham” nosi znamiona ciężkiej łapy pana Sparksa: miłość dwojga młodych i pięknych dzieciaków, w których wcielają się piękni i młodzi Amanda Seyfried oraz Channing Tatum, zostaje ocieniona całą masą rozmaitych mniejszych i większych tragedii, z 11 września włącznie. John jest żołnierzem, chwilowo na przepustce w rodzinnym Charlestonie nad brzegiem Oceanu Atlantyckiego. Na plaży poznaje śliczną Savannah, a romans po prostu wisi w powietrzu. Jednak para musi się rozstać: John wraca do jednostki dokończyć służbę, Savannah zaś na studia. Obiecują pisać do siebie listy i wszystko sobie w nich wyznawać. Niestety tzw. los ma dla nich w zanadrzu kilka przykrych niespodzianek, a młodzi będą musieli borykać się z niełatwymi wyborami. Ale czy coś może stanąć na drodze prawdziwej miłości? To znaczy coś oprócz chorych na raka, autystycznych dzieci, postrzałów w ogniu walki oraz oderwanych od rzeczywistości tatusiów.

Odpowiedź jest oczywista – zbyt oczywista, wbrew reżyserskim próbom stworzenia pozorów jakiejkolwiek alternatywy. Gdyby ekranizacji tej niezbyt wysokich lotów książki podjął się ktoś inny niż Lasse Hallstrom, możnaby machnąć ręką i nie zawracać sobie głowy kiczowatym filmidłem. Jednak skoro za kamerą stoi ktoś, kto zawsze umiał wzruszać bez uciekania się do kiczu, jak chociażby w „Moim życiu psa” oraz flirtować z baśniowymi konwencjami, nie tracąc przy tym poczucia humoru jak w „Czekoladzie”, to sprawa robi się poważna. Ktoś kto tak pięknie, dowcipnie i bez łopatologii potrafił sportretować pełną wszelkich dylematów młodość w „Co gryzie Gilberta Grape’a” nie może teraz kręcić banalnych filmików, całkowicie pozbawionych jakiegokolwiek podtekstu, prawda? Do tej pory Hallstrom nawet gdy niebezpiecznie zbliżał się do krawędzi melodramatu, jak w „Kronikach portowych”, czy „Casanovie” z pamiętnym Heathem Ledgerem, umiał czymś tę konwencję przełamać, nadać historii własny styl. Niewątpliwie „Wciąż ją kocham” nosi ślady takich prób, a bardzo „indie” ścieżka dźwiękowa sugeruje że reżyser szuka kontaktu z młodą, wrażliwą publicznością. Niestety wychodzi mu niezamierzona parodia filmów, takich jak „Juno”, które właśnie służą rozbijaniu tradycyjnych fabularnych schematów. „Wciąż ją kocham”, mimo licznych zawirowań akcji, jest do bólu przewidywalne i rysowane od linijki, a użyte w podkładzie chropowate i proste gitarowe pioseneczki bezlitośnie obnażają wypolerowany blichtr filmu. Być może Hallstrom utracił swój filmowy dar, a może to tylko, oby!, wypadek przy pracy. Dość bolesny, ale ja wciąż go kocham. Jest za co.