W nowej fali postirackich filmów właściwie nie było głupawych triumfalistycznych historyjek o tym, jak bohaterscy mięśniacy zbawiają świat przed terrorystami. Opowieści o Rambo w Bagdadzie straciły sens. Amerykańskie kino wyręczone przez telewizję i internet pominęło całkowicie fazę propagandową, od której zaczęły się filmy o Wietnamie, i od razu przeszło do rozliczeniowego tonu, próbując zadawać poważne pytania. Gorzej było z odpowiedziami, bo większość zatrzymywała się na poziomie średnio odkrywczych diagnoz podważających sens irackiej wojny.



Kino moralnego niepokoju

W "Jarhead" (2005) Sama Mendesa żołnierze piechoty morskiej podczas całej irackiej kampanii nie oddają nawet jednego strzału. A i tak popadają w obłęd. Brian De Palma pokazał w zamierzeniu szokujący, a w efekcie raczej nudny quasi-dokument "Redacted" (2007) demaskujący bezmyślne bestialstwo amerykańskich żołnierzy. Brytyjska "Bitwa o Irak" (2007) Nicka Broomfielda opowiadała o masakrze cywili urządzonej przez marines w Hadicie w zemście za podłożenie bomby przez islamskich rebeliantów. "Odwaga i nadzieja" (2006) Irwina Winklera, a jeszcze wyraźniej "W dolinie Elah" (2007) Paula Haggisa wprost podejmowały temat nieprzystosowania powracających z wojny żołnierzy do normalnego życia.

Wszystkie te filmy przyjmowały nieufną wobec polityki Busha uniwersalną perspektywę, odkrywały ambiwalencje w motywacjach terrorystów, poczynaniach amerykańskich żołnierzy i losach Irakijczyków. Nie ma w tych filmach jasnego podziału na dobrych i złych, nie ma też łatwych happy endów, jest raczej ponury i bezwzględny dla amerykańskiego zaangażowania w Iraku ton rozdrapywania świeżych ran, analizowania traumy.




Heroizm zdemaskowany

Kathryn Bigelow w "Hurt Locker" odwróciła się od tej dominującej demaskatorskiej tonacji i osadziła swój film w niemal klasycznym westernowym sztafażu i batalistycznym teatrze. Może dlatego nie dostała nagrody w Wenecji, choć zdaniem wielu jej się należała. Może dlatego też część europejskiej krytyki film Bigelow postponowała, wysuwając ideologiczne zastrzeżenia, że amerykańskich żołnierzy na powrót heroizuje, nie wnika w polityczne i społeczne kulisy wojny. Niesłuszne to zarzuty, wynikające z powierzchownego odbioru "Hurt Locker" jako rozrywkowego spektaklu. Takiej pokusie trudno nie ulec, bo Bigelow inscenizuje efektowne wojenne widowisko. Ale im dłużej się je ogląda, tym bardziej staje się jasne, że przyjmując taką poetykę, chciała ją zdekonstruować, formalnie zbliżyć się do konwencji, ale w głębi wywrócić jej treść na nice.



Niepoprawność polityczna "Hurt Locker" polega na tym, że ten film nie pokazuje żołnierzy zdemoralizowanych przez wojnę, ale bohaterskich saperów wykonujących bodaj najniebezpieczniejszą misję rozbrajania bomb podkładanych w gruzach i samochodach-pułapkach, udaremniania samobójczych zamachów, rozbrajania przydrożnych min. Owszem, żyją ci żołnierze w ciągłym stresie, odliczają dni do końca służby, ale nie zamieniają się w zdehumanizowane psy wojny. Eldridge (Brian Geraghty) chce tylko przetrwać, zdaje sobie sprawę, że każda chwila może być tą ostatnią, szuka pomocy u psychologa, buntuje się przeciw grozie śmierci. Sanborn (Anthony Mackie) dopiero pod koniec uświadomi sobie wartość życia, poczuje, jak bardzo chciałby mieć syna. Ich dowódca, główny bohater, sierżant James (Jeremy Renner), wciąż igra ze śmiercią.


Bez zabezpieczenia rozbraja prawie niemożliwe do unieszkodliwienia ładunki, na własną rękę podejmuje niebezpieczne misje. Ma dla kogo żyć. Ma żonę i dziecko. Gdy jednak wraca do domu, nie może znieść ciężaru zwyczajnej codzienności. Zgłasza się z powrotem na ochotnika do Iraku.



Wojna jako gra

Bigelow opowiada o ranach, ale przede wszystkim demaskuje wojnę jako grę, uzależniający spektakl. Pokazuje, że wojna to kino, film na żywo. Wielu tu kowbojów, którym się zdaje, że grają w wojennym filmie. Stąd konwencja. Sceny rozbrajania min, znakomita sekwencja potyczki na pustyni niosą w sobie to samo naturalne napięcie jak klasyczne kino wojenne. Ale też sceny te same siebie demaskują, zderzają ułudę spektakularności z realizmem zagrożenia, realnością śmierci, odarciem z bezinteresownej atrakcyjności. Tak jak w scenie, gdy jeden z Irakijczyków rezygnuje z roli milczącego świadka albo terrorysty i obwieszony siłą ładunkami wybuchowymi błaga o pomoc. Akcja nie skończy się przewidywalnym rozbrojeniem bomb w ostatniej sekundzie, ale kapitulacją i prawdziwą, a nie inscenizowaną tragedią.

"Hurt Locker" odniósł niespodziewany sukces. Już dostał trzy Złote Globy i zebrał aż dziewięć nominacji do Oscara. Tyle samo, ile "Avatar" Jamesa Camerona. Tym bardziej dziwi to, że film Bigelow nie wszedł u nas w ogóle na kinowe ekrany, tylko od razu został wydany na DVD, a niedługo będzie miał telewizyjną premierę. Najwyraźniej europejska fobia udzieliła się także i naszym dystrybutorom, którzy nie docenili ani komercyjnego potencjału tego filmu, ani jego artystycznej wartości.