Marczewski: Będzie jeszcze wiele filmów
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-02-15

temp. min -14°C max. 3°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Więc z cenzurą też nie wchodził pan w żadne kompromisy?
Nie. Nauczyliśmy się walczyć z cenzurą, która nie lubiła, by film pozostawał na półkach, bo się zaraz robił rumor, że znowu ta pieprzona cenzura zatrzymała film. To było przeciwko nim. Reżyser, którego film zatrzymano, chodził w glorii. Ja nie zmieniłem nic w swoich filmach. Wychodziłem z założenia, że w razie czego film będzie leżał. Sam fakt zrobienia filmu był dla mnie bardzo ważny. Byłem przekonany, że kiedyś i tak ten zatrzymany film jednak puszczą. Więc lepiej się nie wikłać w gierki żadne, tylko się zachować przyzwoicie.
Pan często mówi o przyzwoitości i tego dotyczy w dużej mierze pana kino. Moment historyczny, w którym trzeba dokonać takiego czy innego wyboru, powiedzieć: tak albo nie, nie ma żadnego
środka. Decyzja, by nie robić filmów po roku 1981, wynikała u pana z poczucia przyzwoitości, tak?
Ja nie wierzę w wielki heroizm i nie oczekuję od ludzi tego. Oczekuję od ludzi przyzwoitości jako bardzo trudnego minimum zachowania się w życiu. 1981 rok, udało mi się wprowadzić „Dreszcze” na ekrany, na trzy tygodnie przed ogłoszeniem stanu wojennego. Potem został wycofany, ale sporo ludzi go obejrzało. Następnie przyszła nagroda w Berlinie, był na Zachodzie rozpowszechniany. W grupie reżyserów zostaliśmy zaproszeni przez ówczesnego ministra Jerzego Passendorfera, który był naszym kolegą. Powiedział, że jest zielone światło, róbcie filmy, ale nie o stanie wojennym, bo to nie przejdzie. Szybko zrozumiałem, że było to przedłużenie hasła, które generał Jaruzelski narzucił – normalizacja. Piekarze pieką chleb, tramwajarze jeżdżą tramwajami, a reżyserzy kręcą filmy. A że gdzieś tam czołg stoi, żołnierze na ulicy, to nie jest takie ważne. Ja nie chciałem brać w tym udziału.
Bał się pan, że to będzie swego rodzaju legitymizacja nienormalności?
Tak, że to jest zachowanie nie fair w stosunku do tego, co się działo, kiedy ludzie byli aresztowani, bici na ulicach, a my będziemy takie anegdotki sobie opowiadać. Tak nie wolno po prostu. To jest to, co nazywam przyzwoitym zachowaniem. Żeby wtedy powiedzieć „nie”. Potem w 1983 roku wezwał mnie wiceminister kultury i namawiał, żebym dokonał paru korekt w „Dreszczach”, to on mi gwarantuje, że film wejdzie na ekrany. Odmówiłem mu, mówiąc, że to on jest w trudnej sytuacji, a nie ja. Uznał to za bezczelne. Ale półtora roku później film wrócił na ekrany, a ja mam świadomość, że zrobiłem dobrze, nie zmieniając nic w jego kształcie.
Ale czy nie za długo pan wtedy nic nowego nie robił…
Ja źle przez stan wojenny przeszedłem. Taki szczękościsk mnie dopadł, dominowała nienawiść, a nie chciałem zrobić filmu z nienawiścią w tle czy też w podtekście.
No i wymyślił pan cenzora, którego pan broni.
Zadałem sobie pytanie, kto jest w moim środowisku taką najbardziej znienawidzoną, upodloną postacią. To był cenzor. I zadałem sobie pytanie, czy oni wszyscy są tacy. Z moich kontaktów z nimi wnioskowałem, że niektórzy mieli fantastyczne życiorysy z roku 56. Niektórych było mi żal, bo wiedziałem, że oni się wstydzą tego, co mówią. Czy ja, gdyby moje życie inaczej się potoczyło, ojciec był innym ojcem, bracia byliby członkami ZMP, partii, gdybym miał inne książki w domu, to czy byłbym takim samym człowiekiem, czy istnieje możliwość, że znalazłbym się po drugiej stronie. Wyszedłem z założenia, że to byłoby możliwe. I czy to oznacza, że byłbym tak do końca świnią? Pisząc to, próbowałem wyobrazić sobie siebie jako tego cenzora.






















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!