"Fish Tank"
Wielka Brytania 2009; reżyseria: Andrea Arnold; obsada: Katie Jarvis, Kierston Wareing, Michael Fassbender; dystrybucja: Syrena Films; czas: 124 min; Premiera: 5 lutego; Ocena 4/6



„Fish Tank” to kino stricte społeczne. Zaangażowane, ale nie oceniające. Jego autorka, zbliżająca się do pięćdziesiątki Andrea Arnold unika moralizatorstwa, nie bawi się w politykę. Patrzy i udaje jej się zmusić widza, by patrzył razem z nią. Ta czystość formy, którą proponuje reżyserka powoduje, że oglądając „Fish Tank”, mamy wrażenie, że obserwujemy sceny z życia dziwnych zwierząt – mieszkańców tytułowego akwarium, którzy odbijając się do ściany do ściany, nigdy nie zdobędą się na refleksję na swój temat i będą zdolni do ucieczki z uwierającej ich sytuacji.

Arnold proponuje historię 15-letniej Mii (Katie Jarvis, która wcześniej nie miała nic wspólnego z kinem), tak zwanego trudnego dziecka. Bohaterka filmu mieszka z samotnie wychowującą ją matką (Kierston Wareing, pamiętana z „Polak potrzebny od zaraz” Kena Loacha) i młodsza siostrą w paskudnym blokowisku. Nie chodzi do szkoły, całe dnie spędzając na ćwiczeniu tańca w rytmie hip-hopu i szukając zaczepki. Matka nie ma specjalnych potrzeb zajmowania się dziećmi, które przeszkadzają jej w nawiązywaniu nowych znajomości i organizowaniu imprez. W tym układzie pojawia się czwarta osoba – nowy kochanek matki Connor (Michael Fassbender), który zaczyna interesować się Mią.

Podobnie jak w debiutanckim filmie reżyserki „Red Road” nie fabuła jest tu najważniejsza. W tamtym, dobrze przyjętym przez krytykę i również wyróżnionym na festiwalu w Cannes obrazie, przez opowieść o pracownicy centrum monitoringu w Glasgow, która całe dnie spędza przez ścianą monitorów, reżyserce udało się opowiedzieć w miejscu człowieka we współczesnej przestrzeni miasta, flaneurze naszych czasów. W „Fish Tank” reżyserce udało się osiągnąć wyjątkowo gęsta atmosferę, zbudować nastrój nienawiści i złości.


W jej filmie ludzie do siebie nie mówią, tylko krzyczą. Nie stawiają przecinków, tylko „k…”. Nie chodzą, a biegają, nie zamykają drzwi, tylko nimi trzaskają. Nie potrafią wyrażać uczuć („nienawidzę cię” – mówi bohaterce jej siostra, tuląc ją na pożegnanie). Wszyscy żyją bezmyślnie, przemieszają się z miejsca na miejsce, palą papierosy, popijają piwo z puszki albo idą do łóżka. Nic więcej. Nawet pomysł Mii, by zostać prawdziwą tancerką, jest nie jest jakąś szaleńczą pogonią za marzeniami.

Bo chyba w horyzont marzeń pyta w „Fish Tank” Arnold. O to, czy sami mamy na niego wpływ, czy ocalenie siebie jest zawsze możliwe. Brytyjka w obu swoich filmach w centrum obserwacji stawia kobiety – jeszcze bardziej stygmatyzowane pułapką pochodzenia i środowiska niż mężczyźni. Bardziej łatwowierne i bardziej spragnione miłości – w końcu jedyna kultura, do której mają dostęp, czyli telewizja, taką drogę do szczęścia im podsuwa. Bohaterki „Fish Tank” są zabawkami w rękach nadzianego faceta z sąsiedniej willowej dzielnicy. Chwilowy romans jest wart tak wiele, że nie mają odwagi zadawać pytań, nie chcą znać prawdy o człowieku, który namiesza w ich życiu. Umiejętność przystosowania się do takich reguł gry jest u bohaterek Arnold niemal jak wykształcone na drodze ewolucji cechy zapewniające przetrwanie. Żeby pływać w takim akwarium, trzeba mieć grubą skórę i nie oczekiwać zbyt wiele.

Kino Andrei Arnold, choć wciąż dzieli ją parę dystansów od mistrzów z Wysp: Kena Loacha i Mike'a Leigh, jest propozycją, której nie da się zignorować.