"Tlen"
(AKA "Kislorod")
Rosja 2009; reżyseria: Iwan Wyrypajew; obsada: Aleksiej Filimonow, Karolina Gruszka; dystrybucja: Nowe Horyzonty; czas: 75 min; Premiera: 5 lutego: Ocena 4/6



„Euforia” - filmowy debiut jednego z najbardziej znanych i najlepiej sprzedających się za granicą, także u nas, młodych rosyjskich dramaturgów w kontekście jego dotychczasowego dorobku był dziełem dość niespodziewanym. Wyrypajew przedstawiał się jako zwolennik sztuki zaangażowanej, podejmującej dialog w jakiejś sprawie, stawiającej pytania filozoficzne, społeczne, polityczne, poszukującej nowych form i środków wyrazu. Tymczasem „Euforia” była niemal całkowitym zaprzeczeniem tego programu. Wyrypajew zrobił film nastroju, z bardzo krótką listą dialogową, rozegrany w naturalnych plenerach. W filmowej wersji „Tlenu” pokazał już swoją znaną z teatru twarz. Chociaż słowo „film” nie bardzo jest na miejscu, nie bardzo do propozycji Wyrypajewa pasuje. To raczej wizualny kolaż z pogranicza wideoartu, animacji komputerowej, interaktywnej prezentacji – jeden wielki konceptualny teledysk z muzyką, raperską melorecytacją, tańcem.

„Nie czytajcie napisów, bo i tak za nimi nie nadążycie” – ostrzegał Wyrypajew publiczność we Wrocławiu. Rzeczywiście. Obrazy migoczą, zmieniają się niczym w kalejdoskopie, czasem dosłownie jak w finałowej scenie w gabinecie krzywych luster, a wylewający się z ekranu potok słów trudno ogarnąć, wyłapać wszystkie sensy, wychwycić gry, poetyckie wstawki, aluzje.

Bohaterem staje się niejako sam tekst, sam język w rozmaitych stylistycznych odmianach. Melorecytowane hip-hopowe rymy, czysta poezja, proza jak z telewizyjnego newsa, komunikat podawany w formie mowy zależnej wprost do mikrofonu, nawet didaskalia słyszane zza kamery albo niby prawdziwe rozmowy aktorów. W tej obrazowo – słownej magmie Biblia spotyka się z subkulturową mitologią, dokumentalne, telewizyjne migawki z 11 września 2001 sąsiadują z wystylizowanymi plastycznie wideoklipowymi kadrami, a gdzieś na marginesach z urywkowych fragmentów opowiada Wyrypajew współczesną bajkę o miłości: o chłopaku zakochanym w rudowłosej dziewczynie i o tym, że by być razem on musi zabić żonę, zaś ona opuścić męża. Medium dla opowieści jest para aktorów: znakomita Karolina Gruszka i bodaj jeszcze lepszy Aleksiej Filimonow toczący na ekranie swego rodzaju freestylowy pojedynek na rymy.


W ataku absorpcyjnych obrazów, pozornie chaotycznych połączonych luźno, podzielonych na rozdziały, nie układających się w prosty ciąg przyczynowo-skutkowy, w słownym bigosie biblijnych prawd, truizmów i banałów odbija się niejako kompletny rozpad świata, jego ontologiczna i aksjologiczna atrofia zamieniona w śmietnik znaczeń i wartości. To obraz i język stają się namiastką rzeczywistości, jej wirtualnym surogatem. Zapętleni w tej miazdze, niedotlenieni ludzie szukają uczuć, prawdy – jak tlenu, którym można by znów zacząć oddychać. Brawurowy to eksperyment, odwracający się od kina, ale wciąż do niego powracający. Jest w tym szaleństwie jakaś metoda. W rytmicznie, szybko, dynamicznie zmontowanych kadrach, w słowach, za którymi faktycznie nie sposób nadążyć, w eliptycznych, natrętnych powtórzeniach, żonglowaniu skrajnie subiektywnymi punktami widzenia. Działa to na emocje, na wyobraźnię, obrazy otwierają ciągi skojarzeń, anegdot i trawestacji, tworzą symboliczną przestrzeń postmodernistycznej popkultury. Jest w tym wszystkim buntownicza anarchia, wpisana w słowoobraz tymczasowość. Bo ani słowa ani obrazy nic przecież nie znaczą albo znaczyć mogą wszystko. Opowiada zatem Wyrypajew o chaosie, zagubieniu, komponując swego rodzaju poemat natłoku, nadmiaru, przesytu.

Ogląda się to trochę tak, jakby co innego pokazywał autor na kilku ekranach na raz. Tak, jakby czytało się poezje dajmy na to Majakowskiego, a jednocześnie patrzyło na jakąś mydlaną operę, zerkając w międzyczasie na telewizyjne wiadomości i na dodatek jeszcze popatrywało na MTV. Skutek jest taki, że ma się po tym filmie i przesyt, i niedosyt, irytujące wrażenie nienadążania, nieskonsumowania całości. I zdaje się o to Wyrypajewowi chodziło – o zaniepokojenie, wytrącenie z przyzwyczajeń, dotarcie do pierwotnych emocji, zmuszenie do powiedzenia: tak albo nie. Ja mówię „tak”, bo jego karkołomny zamysł, choć nie powinien działać, to jednak działa, a hipnotyczne obrazy na długo pozostają w głowie. Ot, paradoks.