Gry o wolność Wojciecha Marczewskiego
- Marczewski: Będzie jeszcze wiele filmów
- Testament boga kina już na DVD
- Zawrót głowy, Psychoza, Ptaki - Hitchcocka
- Janusz Gajos świętuje 70. urodziny
- Kolekcja Brigitte Bardot
- Kino w czasach niefilmowych
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-02-15

temp. min -14°C max. 3°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Marczewski nadał swemu pomysłowi formę złożonej intertekstualnej konstrukcji. Filmów wykorzystujących koncept przeniknięcia z ekranu kinowego do realności było sporo, choćby „Purpurowa róża z Kairu” Woody’ego Allena. Marczewski jednak nie zabawił się tym konceptem, ale nadał mu rangę paraboli. Po raz kolejny połączył perspektywę własną i uniwersalną. Znów zakorzenił postać głównego bohatera we własnej, niejako alternatywnej biografii. Bohatera skonstruował jako alter ego samego siebie w sytuacji, gdyby jego losy potoczyły się inaczej, gdyby w „Dreszczach” jako Tomasz dał się na obozie skusić do końca. Cenzor (genialny Janusz Gajos) kiedyś był krytykiem teatralnym, poetą. W jakimś momencie poszedł na kompromis i skończył jako dyspozycyjny funkcjonariusz systemu. Na ekranie zadowolony ze swojej funkcji cynik przechodzi duchową przemianę, aż w finale okazuje się kimś zupełnie innym: osamotnionym, zgnębionym człowiekiem gotowym do moralnego odrodzenia.
Marczewski splótł znów uniwersalną przypowieść o reinicjacji z metaforycznym, ujętym w genialnym myślowym skrócie obrazem transformacji ustrojowej. Nadał politycznej fabule filmu nowy sens. Stawką przemiany osobistej i zbiorowej uczynił zbawienie. Żeby na nie zasłużyć, trzeba umieć przebaczać. Reżyser wspominał, że na początku pracy nad filmem miał ochotę temu cenzorowi napluć w twarz. Potem jednak zrozumiał, że nie było w Peerelu ludzi niewinnych, że tak naprawdę cenzorów w Polsce było nie 532, a 40 milionów. Toteż treścią głęboką filmu była propozycja zbiorowego odprawienia żałoby po PRL, ekspiacji, swego rodzaju dziadów nad epoką realnego socjalizmu.
To samo pytanie: jak siebie samego ocalić z dwójmyślenia i schizofrenii, te same deziluzje, te same odpowiedzi, a jednak trzy zupełnie różne konstrukcyjnie filmy. Wszystkie tak samo ważne jak kiedyś. Kino moralnego niepokoju przebrzmiało, odegrało swoją wielką rolę i odeszło. Kino Marczewskiego jest wciąż żywe. I zawsze będzie aktualne. Marczewski znów od dziesięciu lat milczy, od nie do końca udanego „Weisera”. Zapowiada, że niebawem powróci. Najwyższy czas. Bo zamęt jest dzisiaj wprawdzie inny, ale wcale nie mniejszy. Kto, jak nie on ma nas od niego ocalić?






















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!