Gry o wolność Wojciecha Marczewskiego
W serii Arcydzieła Polskiego Kina ukazała się właśnie kolekcja filmów Wojciecha Marczewskiego. Zawiera wprawdzie tylko trzy, ale za to najważniejsze filmy reżysera: „Zmory”, „Dreszcze” i „Ucieczkę z kina Wolność”.
- Marczewski: Będzie jeszcze wiele filmów
- Testament boga kina już na DVD
- Zawrót głowy, Psychoza, Ptaki - Hitchcocka
- Janusz Gajos świętuje 70. urodziny
- Kolekcja Brigitte Bardot
- Kino w czasach niefilmowych
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-02-14

temp. min -19°C max. 1°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Kolekcja Wojciecha Marczewskiego:
„Zmory” (1978)
„Dreszcze” (1981)
„Ucieczka z kina Wolność” (1990)
Dystrybucja Kino Polska
Ocena: 6/6
Wojciech Marczewski to w naszej kinematografii twórca absolutnie osobny. Nie da się go powiązać z żadnym prądem, nurtem, kierunkiem. Filmy robi rzadko, ostatnio wręcz bardzo rzadko, sięga po
kamerę, kiedy wie na pewno, że ma coś istotnego do powiedzenia. Nie jest reżyserem z zawodu, ale z powołania. Przez jednych podnoszony do rangi profesjonalnego i moralnego autorytetu, przez
innych lekceważony, przez jeszcze innych skreślony jako twórca wypalony, nieczynny. Tymczasem Marczewski robi swoje. Uczy w szkole Wajdy, jeździ z wykładami po całym świecie i zapowiada, że
jeszcze ostatniego słowa nie powiedział.
Osobny był od początku. W szkole filmowej czuł się autsajderem, realizował eksperymentalne etiudy, na przekór czasom związał się z owianą podłą renomą wytwórnią „Czołówka”. Robił tam krótkie metraże i filmy telewizyjne, m.in. znakomity i wciąż niezapoznany na dobrą sprawę tryptyk „Odejścia, powroty” (1973). Potem przeszedł do kierowanego przez Stanisława Różewicza „Toru” i wciąż był osobny. Nie wpisał się w dominujący w tym zespole nurt kina moralnego niepokoju. Nie dał się zamknąć w jednej z modnych wtedy szuflad publicysty ani kreacjonisty. Miał pomysł na swoje kino.
Niepokoje wychowanka Srebrnego
W połowie lat 70. Marczewski razem z Ryszardem Bugajskim i Danielem Szczechurą napisał scenariusz na podstawie „Zmór” Emila Zegadłowicza – powieści w okresie międzywojennym wyklętej. Nie był z tej adaptacji zadowolony. Kolejną wersję napisał Czech Pavel Hajny i dopiero jego tekst Marczewski przerobił na ostateczny scenariusz swego pełnometrażowego debiutu. „Porobiłem duże zmiany, podopisywałem nawet sceny spoza Zegadłowicza, które często są reminiscencją pewnych fragmentów mojej własnej biografii”. Dlaczego właśnie „Zmory”, które wydawały się wtedy ramotą otoczoną skandalizującą aurą antyklerykalnej pornografii? Mówił Marczewski, że ta książka była mu tak bliska, iż powinien sam ją napisać. „Podobnie jak on wyniosłem ze szkoły przekonanie, że jest ona najgłupszą instytucją. I nawet szkoły filmowej nie skończyłem” – wspominał.





























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!