W 1972 roku powstało słynne „Ostatnie tango w Paryżu” Bernarda Bertolucciego, rok później „Opowieści kanterberyjskie” Piera Paola Pasoliniego określane mianem realizmu fizjologicznego i głośny „Nocny portier” Liliany Cavani, w którym była więźniarka obozu koncentracyjnego wdaje się w masochistyczny romans z dawnym strażnikiem. W 1975 roku Pasolini nakręcił „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, jeden ze swoich najbardziej kontrowersyjnych filmów, wywiedziony z libertyńskiej twórczości markiza de Sade’a.



Rok później skandal wywołało dosadne, odważne „Imperium zmysłów” Nagisy Oshimy. To przełamywanie tabu, eksponowanie nagości, odwaga w pokazywaniu seksu służyły nie tylko drażnieniu burżujów. Te filmy miały swój filozoficzny, społeczny czy polityczny kontekst, większość, choć miała mniejsze lub większe problemy z cenzurą, święciła triumfy na największych światowych festiwalach.


W 1973 roku festiwal w Cannes otworzyło „Wielkie żarcie” Marca Ferreriego. I choć dostało nagrodę, wywołało gigantyczny skandal. Jedni nazywali ten film najbardziej obrzydliwym dziełem w historii kina, skatologicznym festiwalem, przejawem skarlenia sztuki. Inni obwołali najodważniejszym filmowym atakiem na burżuazyjną hipokryzję. Catherine Deneuve była ponoć tak zgorszona, że przestała się odzywać do swego ówczesnego partnera Marcella Mastroianniego, który zagrał jedną z głównych ról.

W „Wielkim żarciu” opowiadał Ferreri o czterech przyjaciołach w średnim wieku – lotniku (Mastroianni), kucharzu (Michel Piccoli), prawniku (Philippe Noiret) oraz choreografie (Ugo Tognazzi), którzy w willi na uboczu spotykają się na weekendowej uczcie. Do męskiego grona dołączają jeszcze panienki lekkich obyczajów oraz niezaspokojona nauczycielka z pobliskiego miasteczka (Andrea Ferreol). Przyjęcie zamienia się w kulinarno-seksualną orgię. W toku filozoficznych dysput o sensie życia zapada decyzja o zbiorowym samobójstwie z przejedzenia, i tak się biesiada toczy aż po ukazaną w całej fizjologicznej dosadności śmierć w bólach, wymiotach i ekskrementach.

Dziś ogląda się ten film już inaczej. W końcu kino przekroczyło od tego czasu wszelkie możliwe tabu, widzieliśmy już rzeczy ostrzejsze i nieporównanie bardziej skrajne. Z jednej strony efekty satyryczne, eksponowanie makabry i obscena mocno się zdewaluowały, obnażyły intelektualną pustkę ukrytą za obliczonym na skandal efekciarstwem. Z drugiej jednak antymieszczańskie ostrze wymierzone w moralność i hipokryzję obyczajów zachowało jednak anarchistyczną drapieżność. Oderwane od skandalizującej aury już tak nie szokuje, ale przecież daje do myślenia. Nie tylko o żarciu i dupie Maryny.


Mieliśmy i my swojego skandalistę, swojego mistrza erotyzmu – Waleriana Borowczyka. Szkoda tylko, że w Polsce zrealizował tylko „Dzieje grzechu” (1975), w których nie tylko potrafił zmysłowo rozebrać Grażynę Długołęcką, ale i wydobył kobiecą seksualność na niepodległość. Inne erotyki zrobił Borowczyk we Francji, a my musieliśmy podniecać się „Widziadłami”.


W tym samym 1975 roku zrobił swój bodaj najgłośniejszy film – „Bestię”. Tłumione pożądanie upersonifikował w owłosionego małpoluda uganiającego się po lesie za ponętną arystokratką, zdzierając z niej krynoliny. Ów rozciągnięty na akty gwałt poprzedził słynną sceną z kopulującymi końmi. Miał ten film przymioty soft porno, ale był przy tym plastycznie wysmakowaną przypowieścią o niewoli konwenansu krępującego pierwotną seksualność.


O tym samym, o napięciu między id a ego, między naturą a kulturą, traktowały też zrealizowane rok wcześniej „Opowieści niemoralne” rozpisane na cztery niezależne nowele. Najlepsza opowiadała o węgierskiej księżnej Erzsebet Bathory (granej przez samą Palomę Picasso), która by zyskać wieczną urodę, kąpie się we krwi dziewic. Największy skandal wywołała jednak nowela opowiadająca dzieje kazirodczego związku papieża Aleksandra VI z jego córką Lukrecją Borgią.



Nie da się ukryć, że to kino się nieco zestarzało, że wydaje się dziś jeszcze bardziej kiczowate niż wówczas. Ale z drugiej strony ma jednak zmysłowy urok. Nie ma w nim ani pornograficznej wulgarności, ani prymitywizmu, a perwersja w wydaniu Borowczyka i dziś zachowała posmak zakazanego owocu. Bliższego libertyńskiej filozofii de Sade’a albo wyrafinowania Jeana Geneta niż pornografii.


Podczas gdy w Europie kino próbowało seksualną rewolucję ubierać w formę sztuki, w purytańskiej Ameryce przez krótką chwilę na ekranach normalnych kin zagościła najczystsza pornografia ze słynnym „Głębokim gardłem” na czele.


Szybko ten proceder ukrócono, ale rozzuchwalony wydawca magazynu „Penthouse” Bob Guccione namówił chałupniczą jeszcze w dużej mierze branżę porno na zrzutkę i wyłożył 20 mln dol. na produkcję „Kaliguli”, który do dzisiaj zapewne dzierży palmę pierwszeństwa jako najdroższy pornograficzny film świata. Reżyserię powierzył Guccione Włochowi Tinto Brassowi, który już do końca życia przenosił z różnym skutkiem na ekran erotyczne frustracje i obsesje. Scenariusz zaś napisał znany pisarz skandalista Gore Vidal. Dysponując ogromnym budżetem, do udziału w przedsięwzięciu udało się namówić spore grono uznanych aktorów.



Tytułową rolę zagrał Malcolm McDowell, a na drugim planie pojawili się m.in. Peter O’Toole, Helen Mirren czy sir John Gielgud, który mówił potem, że sam nie wiedział, w czym zgodził się zagrać. Resztę obsady stanowił tłum statystów gotowych przed kamerą na najdziksze ekscesy i perwersje. Jeszcze przed premierą pojawiły się kłopoty z cenzurą, wobec których nakręcony w 1977 roku film czekał na premierę ponad trzy lata.


Na ekrany trafiały różne pocięte i ocenzurowane wersje. Dopiero po kilku latach ukazała się pełna, blisko trzygodzinna wersja reżyserska. Tyle że w międzyczasie skandal ucichł i „Kaligula” poniósł spektakularną kasową klęskę, co być może stało się głównym powodem zainwestowania branży porno w tanią technikę wideo i produkowania prymitywnych pornosów.

Tymczasem na ich tle „Kaligula” prezentuje się jak arcydzieło. Zadziwia perwersyjną pomysłowością w antycznych dekoracjach. Choć wystylizowany, to jednak szukający prawdy realiów rzymskich orgii. Sprośny, a jednocześnie kostiumowo i bezkostiumowo nonkonformistyczny, otwierający drogę rozmaitym campowym twórcom. Gdyby przyłożyć doń definicję pornografii zaproponowaną przez Umberta Eco, że porno jest wtedy, gdy wszystko, co pomiędzy „momentami” się przewija, to „Kaligula” pornografią nie jest na pewno. Bo tu jednak ogląda się wszystko, a momentami wręcz czeka na to, co pomiędzy „momentami”, które tak bardzo jak 30 lat temu już nie szokują.

A szokować może prawie wszystko. Borowczyk np. za najbardziej pornograficzny film świata uważał „Królewnę Śnieżkę” Disneya, którą nazywał "apoteozą pedofilii". Faktycznie, na takim tle filmy Ferreriego, Borowczyka i Brassa ogląda się dziś jak niewinne świerszczyki.



Kolekcja Francuska:
„Wielkie żarcie” (1973); reż. Marco Ferreri
„Opowieści niemoralne” (1974), „Bestia” (1975); reż. Walerian Borowczyk


"Kaligula” (1980); reż. Tinto Brass, dystrybucja: Epelpol