"Lourdes"
Austria, Niemcy, Francja 2009; Reżyseria: Jessica Hausner; Obsada: Sylvie Testud, Gilette Barbier, Gerhard Liebmann, Lea Seydoux; Czas: 96 min; Dystrybucja: Gutek; Premiera: 29 stycznia; Ocena 5/6



„Lourdes” jest filmem zimnym jak lód i zarazem gorącym jak piec hutniczy. Jego chłód tkwi w metodzie realizacji – zdystansowanej, niby obiektywnej, przyjmującej pozory paradokumentalnej rejestracji, a w gruncie rzeczy starannie zainscenizowanej. Gorąco bije zaś z dziecinnych niemal emocji, które wywołuje. Bo też historię, którą opowiada Hausner można by przecież nakręcić w hollywoodzkim stylu – ku pokrzepieniu serc i dusz, ku refleksji albo ku przestrodze. Schemat byłby niemal ten sam, Tajemnica tkwi w formie, która z dystansu wymusza w końcu osobiste zaangażowanie. Reżyserka przygląda się pielgrzymce chorych do maryjnego sanktuarium w Lourdes. Z zewnątrz, z pozycji milczącego świadka. Wyłapuje niuanse, skupia uwagę na z pozoru nieistotnych szczegółach, kreśląc znaczące opozycje. Od pierwszej sceny sacrum, miesza się z profanum, ciało wchodzi w konflikt z duchem, wieczność z teraźniejszością, nabożność z trywialną przyziemnością.

p



Pielgrzymka przypomina zwyczajną wycieczkę. Oto w jadalni w luksusowym domu pielgrzyma ludzie przy jedzeniu toczą zwykłe rozmowy. Uciszają się, gdy ich przewodniczka ogłasza program dnia. Za chwilę ci, którzy poruszają się o własnych siłach pójdą zwiedzać sanktuarium, tych na wózkach inwalidzkich poprowadzą wolontariuszki ubrane niczym zakonnice. Potem na mszę, na modlitwę, w końcu do groty ze świętą wodą, która ma ponoć moc uzdrawiania. Atmosfera nadziei, pobożne skupienie, ale za chwilę tych, którzy nie liczą na cud uzdrowienia wchłonie normalne życie. Wolontariuszki romansują z wolontariuszami, ksiądz podczas gry w karty odpowie na pytanie, co zrobić, żeby doznać łaski, za chwilę śmieje się z dowcipu o Maryi. Gdy cud, na który wszyscy mają nadzieję, wreszcie się wydarzy, nikt nie wie, co właściwie znaczy.


Nie wie także ta, której ów cud dotyczy. Młoda, sparaliżowana dziewczyna Christine (Sylvie Testud) skazana na innych. Karmiona, układana do snu, wożona w wózku. Jak wszyscy chorzy zazdrości zdrowym. Nienawidzi ich, jak wyznaje na spowiedzi, pyta „dlaczego ja?”. Buntuje się przeciw losowi, przeklina go. To naturalne, nie ma w tym ani krzty bluźnierstwa, tylko wątła nadzieja. Po oblaniu wodą z uświęconego źródła, zaczyna poruszać ręką, w nocy wstaje i sama idzie do łazienki. Tego uzdrowienia można się było spodziewać. Istotniejsze jest jednak to, co dalej. Być może cud ma swoją cenę, bo oto siostra miłosierdzia, która modliła się za Christine sama znajdzie się na granicy między życiem i śmiercią. Coś za coś? Absurdalna logika, zbieg okoliczności, czy jakiś celowy zamysł? Dlaczego Christine, a nie ten, który przyjeżdża tu co rok od wielu lat? Albo upośledzona córka pojawiającej się w tle tajemniczej kobiety w czerni? Mnożą się pytania wypowiadane na głos przez dwie starsze panie występujące w charakterze antycznego chóru.


Cud zdarza się po prostu, ot tak, jakby nigdy nic, ale to właśnie w bezradności, jakby zażenowaniu wszystkich wokół zasadza się idea „Lourdes”. Hausner ani nie nie kpi z wiary, nie demaskuje jej iluzji, nie wytyka grzechów. Ze zderzenia kontrastów, ze zdystansowanej narracji wydobywa całą teatralność, rytualną niejednoznaczność pobożnej religijności, która z wiarą ma niewiele wspólnego. A cud, który wiarę zamiast utwierdzać, burzy nieoczekiwanie porządek świata. W tym filmie nikt nie wierzy absolutnie, wszyscy czują się w jakimś sensie opuszczeni przez boga, skazani na ułomność. Sama uzdrowiona w euforii zamierza wreszcie żyć normalnie: wrócić na studia, założyć rodzinę, nauczyć się grać na fortepianie. W końcu pyta: dlaczego ja? Przecież nie zasłużyła. Nie była specjalnie pobożna, myśli też miała niespecjalnie święte, skupione na poderwaniu przystojnego wolontariusza. Zaczyna rozumieć, że jej szczęście może w każdej chwili prysnąć. Dlatego zaczyna szukać jakiegoś głębszego znaczenia, spróbuje dowieść, że jest godna cudu. W finałowej scenie potańcówki w rytm starych włoskich przebojów, niby szczęśliwa, wybrana, dostaje nagrodę dla pielgrzyma roku, tańczy z tym samym wolontariuszem, którego wcześniej chciała poderwać. Gdy upada i stoi opuszczona obok starej kobiety, która od początku bez słowa się nią opiekuje, sama siada na wózku, wybiera swój los – inny niż w hollywoodzkich scenariuszach.

Lourdes jest u Hausner synonimem nadziei, otuchy i ozdrowienia dla zdesperowanych i umierających. Jednak nadzieja, że nagle, u progu śmierci, wszystko się ułoży, wydaje się absurdalna. Lourdes jest sceną, na której rozgrywa się ludzka komedia: to tu w dymach kadzideł, w strywializowanej świętobliwości okazuje się, że pragnienie szczęścia musi się spotkać z niespełnieniem. Choćby nawet wydarzył się cud.