"Moja Krew"
Holandia/Polska/Szwajcaria 2009; reżyseria: Marcin Wrona; obsada: Eryk Lubos, Luu De Ly, Wojciech Zieliński; dystrybucja: Hagi; czas: 90 min; Premiera: 29 stycznia; Ocena 3/6



Bohaterem „Mojej krwi” jest świetnie rokujący młody bokser Igor (Eryk Lubos). Poznajemy go w momencie, kiedy ciężki uraz głowy nie tylko przekreśla jego szanse na dalszą karierę, ale okazuje się mieć znacznie bardziej dramatyczne konsekwencje. W obliczu zbliżającej się śmierci młody mężczyzna robi bilans swojego życia, z którego wynika, że sens mogłoby nadać mu zostawienie po sobie potomka. Igor decyduje się zaproponować dopiero co poznanej wietnamskiej kelnerce ze Stadionu Dziesięciolecia czysto biznesowy układ: ona urodzi mu dziecko, on załatwi jej obywatelstwo i zadba o zabezpieczenie przyszłości jej i potomka. Umowa okazuje się nie do końca prosta i przejrzysta, i to bynajmniej nie ze strony mężczyzny.

„Moja krew” jest wyraźnie skrojona wedle wzorców obowiązujących w amerykańskim kinie - prosto, z jedną nie do końca zaskakującą przewrotką i wyrazistą tezą. Igor po rozmowie z lekarzem przechodzi fazy godzenia się z chorobą jak wzorowy pacjent z podręcznika psychologii: odrzucenie, złość, stopniowa akceptacja... Z alkoholowo-rozrywkowego ciągu przeskakuje w próbę szybkiego naprawienia swoich błędów, oswojenia śmierci, w końcu, przez szlachetny gest wobec dziewczyny, pojednania ze światem.


Wszystko jest tu kliszą, powtórką znanych kinu motywów - nawet dobry w swojej roli Eryk Lubos (dostał za nią tegoroczną Nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego) jest zwyczajnie obsadzony „po warunkach”: zacięty, agresywny, w życiu stosujący prawa ringu. Początek jego związku z Wietnamką jest brutalny i upokarzający dla niej, w finale prowadzi gorzkiego, ale jednak happy endu. Wyrok, który bokser słyszy od lekarzy, jest dla niego początkiem nowego życia - nie aktu prokreacji bynajmniej, ale inicjacji w świat, którego nie znał: otwarcia się na własne uczucia, zauważania emocji innych, w końcu, dzięki wietnamskiej dziewczynie, fascynacji kulturą, którą lekceważył, jeśli nawet nie gardził nią. Nawet społeczność emigrantów jest pokazana dość stereotypowo - twórcy filmu „odkrywają” przed nami, że obok nas istnieje bogata kultura wszystkich „obcych”, „innych”. Że życie emigrantów nie ogranicza się do podawania nam dań w budkach z azjatyckim jedzeniem.


Film Wrony ma wprawdzie pewne zalety - porusza się po polu przez polskie kino nieeksplorowanym. Kiedy kino zachodnie zgłębiało problem „nowych obcych”, napływu nowych kultur, niechęci ze strony przybyszów do asymilacji i strachu przed nimi starych, znanych białych, nasi twórcy nie interesowali się tym tematem. Fakt, że w porównaniu z Europą jesteśmy etnicznie jednolitym społeczeństwem. Nasi „obcy” to w sztuce wciąż duchy przeszłości: II Rzeczypospolitej, Holokaustu. Niby więc nie było o czym mówić. Wrona pokazał, jak jest naprawdę. Z tym, że jego próba nie jest do końca udana. Pod ostrą fasadą filmu: agresywnym językiem, niby-odważnymi scenami, brutalnością, chropawymi zdjęciami, kryje się jednak zachowawcza sztampa. Reżyser próbował połączyć mocny, męski film à la „Zapaśnik” z zaangażowanym społecznie kinem. Na tym mariażu żaden z tematów nie skorzystał.

p