"Pół żartem, pół serio"
(AKA "Some Like It Hot")
USA 1959; reżyseria: Billy Wilder; obsada: Marilyn Monroe, Jack :emmon, Tony Curtis; dystrybucja: Vivarto; Czas: 120 min.



Wtórnym jest dlatego, że, po pierwsze, to swobodny remake francuskiego filmu „Fanfare d'amour” (1935) Richarda Pottiera, w którym także mamy dwóch mężczyzn występujących w przebraniu w damskiej orkiestrze, nazywającej się zresztą „Holenderskie tulipany”. Po drugie, Wilder i jego współscenarzysta I.A.L. Diamond posługują się tu motywami i chwytami, które były już w kinie zgrane do cna. Za kobiety na ekranie przebierali się przecież nawet Eugeniusz Bodo i Adolf Dymsza.

Co jeszcze Wilder i Diamond genialnie kopiują? Choćby scenę słynnych gangsterskich porachunków w chicagowskim garażu, w roku 1929 – zwanych Masakrą w Dniu Świętego Walentego, i filmowanych wcześniej po wielokroć ( np. w filmie Spatsa Colombo. Ponieważ bohaterowie „Pół żartem...” – saksofonista Joe (Tony Curtis) i kontrabasista Jerry (Jack Lemmon, choć Wilder myślał wpierw o Franku Sinatrze) - są przypadkowymi świadkami gangsterskiej masakry, muszą uciekać, by sami nie zginąć. Stąd damski kalmuflaż i wyjazd aż na Florydę. Tam też stają się jednak świadkami bandyckich porachunków (to klasyczny przykład dramaturgicznej klamry). Wybornie śmiesznym pomysłem jest to, że gangsterzy spotykają się na Florydzie pod szyldem Zjazdu Miłośników Włoskiej Opery.

p


„Pół żartem, pół serio” to chyba najlepszy przykład Marilyn Monroe w roli głupiej blondynki – szansonistki Sugar Kowalczyk. Jest głupiutka, gdy mówi, że po zawodach miłosnych związanych z występami w orkiestrach mieszanych, teraz może występować tylko w damskich, albo gdy deklaruje swe upodobanie do mężczyzn w okularach (podrywający ją Tony Curtis, jako rzekomy milioner, nosi oczywiście okulary, które są tym bardziej znaczące, jeśli się pamięta o okularach Arthura Millera, ostatniego męża Monroe), ale mimo to nie sposób się jej oprzeć. Zwłaszcza gdy widzi się jak chodzi, seksownie kręcąc pupą. „

Ona równocześnie miała wyczucie kamery i strach przed kamerą. Przerażenie. Dlatego często zdarzało się jej sfuszerować dialog. Ale w tym samym stopniu kochała kamerę. To było jak romans między nią a kamerą i ona dobrze to wiedziała. - wspominał po latach w wywiadzie rzece „Conversations with Wilder” Camerona Crowe'a reżyser - W orkiestrze żeńskiej w "Pół żartem..." miała występować dziewczyna o blond włosach. Marilyn wzięła mnie na bok i powiedziała: Żadnych innych blondynek. Tylko ja”.


Wilder zatrudnił Monroe, choć po wspólnej pracy w „Słomianym wdowcu” (1955) osiwiał z powodu jej notorycznych spoźnień, i problemów z nauczeniem się najkrótszego tekstu. „Przy "Pół żartem, pół serio", z Marilyn było trochę lżej niż przy "Słomianym wdowcu", ale na pewno nie lekko - mówił Wilder. - Najtrudniejsze było wprowadzenie jej w odpowiedni nastrój. Marilyn od razu łapała, gdzie jest dowcip. Nie trzeba było z nią o tym dyskutować. Już na pierwszej próbie dokładnie wiedziała o co chodzi, oczywiście, o ile nauczyła się tekstu. Potrafiła pięknie, bez żadnego potknięcia zagrać trzy strony dialogu, albo zaciąć się na kwestii tak prostej jak "To ja, Sugar". Ale najbardziej denerwujące było jej niepojawianie się na planie. Czekałem na nią, z dumą schowaną do kieszeni. Były z nią takie trudne momenty, że musiałem sobie powtarzać na pocieszenie: Przynajmniej nie jesteś z nią żonaty”.

„Pół żartem, pół serio” jest w jakiś sposób szowinistycznie męskie. W znakomitej scenie w wagonie sypialnym Lemmon (jako kobieta) urządza popijawę na swym piętrowym łóżku. Przyłącza się doń mnóstwo atrakcyjnych i roznegliżowanych pań, a on... nic nie może z nimi zrobić. Pełno tu też rozwiązań prawdziwie burleskowych. Co wymyśla Curtis, gdy, po spotkaniu z Monroe, z nim w wersji męskiej, ma mało czasu, by zdążyć do swego hotelowego apartamentu, gdzie udaje kobietę, wiedząc, że Monroe zaraz tam będzie? Wskakuje do wanny w łazience – w męskim ubraniu, które zasłania piana – zdążywszy założyć na głowę perukę.




Spora część scenariusza filmu powstawała na planie. „Kiedy pisaliśmy, mieliśmy bardzo dobry pomysł, bardzo istotny dla filmu. Polegał on na tym, że Tony Curtis zaprasza Monroe na łódź. Wszystko jest zaplanowane, są sami. I co dalej? Seks oczywiście. Obudziłem się w środku nocy z myślą: to wcale nie jest takie fajne, to przecież strasznie przewidywalne. Zrobimy tak: on będzie udawał impotenta, a ona będzie sugerować seks. To ona go przeleci, nie on ją. To musi być lepsze: być omotanym, uwiedzionym, przelecianym przez Marilyn Monroe - co może być lepszego? Zamieniliśmy ich rolami i mieliśmy scenę. Pomysł narodził się rankiem, tego samego dnia, w którym mieliśmy kręcić” - opowiadał reżyser.

Tak było też z najsłynniejszym cytatem z „Pół żartem...”: „Nikt nie jest doskonały” - czyli ostatnie zdanie z tego filmu, rzucone przez Joe E. Browna (czyli prawdziwego milionera Osgooda Fieldinga III), gdy słyszy wyznanie Lemmona, że ten jest jednak mężczyzną, a nie kobietą imieniem Daphne, którą udawał, zostało napisane przez Wildera i Diamonda tuż przed kręceniem tej sceny. Mieli wcześniej inne pomysły, ale nie byłi z nich zadowoleni. Z tego zresztą też nie. „Wydawało nam się to kiepskim dialogiem - wspominał Wilder - ale nie wymyśliliśmy nic innego. Ponieważ trzeba było już kręcić zostaliśmy z tym zdaniem, zupełnie niezadowoleni z tego co napisaliśmy. Na pokazach testowych publiczność rozsadziła kino śmiechem, gdy to usłyszała.”