"Planeta 51"
(AKA "Planet 51")
USA 2009; reżyseria: Jorge Blanco; dystrybucja: Vision; czas: 90 min; Premiera: 29 stycznia; Ocena 3/6



Fabułka jest prosta. Oto na planecie zamieszkałej przez sympatyczne zielone ufoludki ląduje amerykańska sonda kosmiczna. Wysiada z niej astronauta, kapitan Chuck Baker i z dumą zatyka gwiaździsty sztandar na wypielęgnowanym trawniku grillującej właśnie w najlepsze rodzinki. Cierpiący na fobię pobudzaną przez katastroficzne filmy o najeźdźcach z kosmosu mieszkańcy witają go niezbyt przyjaźnie. Tylko pewien zakompleksiony licealista, o znajomo brzmiącym imieniu Lem (to niestety nie hołd na cześć Stanisława, ale nawiązanie do nazwy lądownika rakiet Apollo) postanawia pomóc ziemskiemu kosmicie, który nie okazuje się wcale taki straszny, jak go w filmach malują. No i się zaczyna. Poluje na nich tępy generał i opętany naukowiec, a Chuckowi pozostaje coraz mniej czasu, by dotrzeć do stacji kosmicznej i wrócić na Ziemię.


Są tu pomysły znakomite, choćby ten, by obcą planetę urządzić na kształt i podobieństwo Ameryki lat 50., z jej klimatem, popkulturą, muzyką, konserwatyzmem. Wszystko tu wygląda jak w „Buntowniku bez powodu”. Jest nawet i sam buntownik w osobie niewczesnego hipisa z gitarą. Problem w tym, że cała zabawa do samych grepsów się ogranicza, by w końcu zmienić się w szaloną żonglerkę nawiązaniami, cytatami i motywami kina science fiction. Niektóre z nich sprawiają dziką radość. Ot choćby piesek o imieniu Ripley będący wierną kopią ksenomorfa z „Obcego”. Nawet sika kwasem. Albo scena lądowania rakiety w rytm strausowskiego walca odsyłająca do „2001 Odysei kosmicznej”, a po chwili parodiująca pierwsze kroki Armstronga na księżycu. Nawet w detalach twórcy przemycają skojarzenia, gdy w tajnej bazie kosmitów odkrywamy szczątki radzieckiego sputnika. Sporo jednak z tych wszystkich zapożyczeń wprowadzanych jest na ekran mechanicznie i na siłę jak choćby lot na tle tarczy księżyca z „ET” albo cytowanie kultowych dialogów z „Terminatora”.

p



Zabawa jednak i tak jest momentami pyszna. Tym bardziej, że twórcy odwołują się tu nie tylko do całej ikonografii kina sf, ale też biorą w nawias cała jego ideologię. Problem jednak w tym, że bardziej jest to zabawa dla geeków – fanów sf niż dla dzieci. Te dostają niby to, co lubią: prostą fabułkę, czytelne przesłania, zabawne gagi. Ale dostają jednak za mało, bo całą historię traktuje się tu jedynie jako pretekst do zabawy dla wtajemniczonych, którym z kolei przyjemności też nie starcza na cały seans i zamienia się z czasem w coś w rodzaju quizu bez nagrody. Nie udało się tych dwóch pięter spoić, zbalansować. Wyszło zupełnie fajnie tylko trochę dla nikogo.