"The Limits of Control"
USA 2009; reżyseria: Jim Jarmusch; obsada: Isaach de Bankolé, Tilda Swinton, John Hurt, Gael Garcia Bernal; dystrybucja: Best Film; czas: 116 min; Premiera: 29 stycznia; Ocena 5/6



Już pierwsze minuty „The Limits of Control”, czyli „Granic kontroli” (tytuł wzięty z eseju Williama Burroughsa), wprowadzają nas w odpowiedni nastrój. Po cichej czołówce pojawia się cytat ze „Statku pijanego” Rimbauda, a następnie ujęcie filmowanego od góry mężczyzny, który ćwiczy tai-chi w kabinie lotniskowej toalety. Jest tu wszystko: harmonia, niepokój, tajemnica, poezja, malarstwo. I tak będzie do samego końca.

Jarmusch i jego bezimienny bohater, nazwany w napisach końcowych Samotnym Mężczyzną (grający tę rolę Isaach De Bankolé stanie się jednym z tych upartych obrazów, które już na zawsze tkwią pod naszymi powiekami), poprowadzą nas przez labirynt kulturowych nawiązań i odniesień w niby-fabule opartej na grze paradoksów. Labirynt przepięknie sfotografowany przez Christophera Doyle’a – tutaj każdy pojedynczy kadr jest idealnie skomponowanym obrazem: gdy bohater je gruszkę, ta układa się na talerzu w perfekcyjną martwą naturę, gdy patrzy na Madryt, w którym rozgrywa się część akcji, my widzimy modernistyczne malowidło. Żeby malarskie paralele stały się jeszcze bardziej oczywiste, Mężczyzna, odziany w nieskazitelny jedwabny garnitur, chodzi do muzeum Reina Sofia, by kontemplować za każdym razem inne, pojedyncze dzieło...

Ale od początku: nasz bohater przyjmuje od kreolskich mafiosów zadanie – do końca nie dowiemy się o nim żadnych konkretów, możemy tylko podejrzewać go o przestępczą (terrorystyczną?) naturę. Realizacja zadania wymaga od Mężczyzny, by udał się do Hiszpanii, gdzie odbywa serię spotkań z enigmatycznymi postaciami (tu pojawiają się same gwiazdy z Tildą Swinton, Johnem Hurtem i Gaelem Garcią Bernalem na czele), które przekazują mu zaszyfrowane wiadomości... Spiętrzenie tajemnic, znaków zapytania, luster, które generują fałszywe odbicia, prowadzi nas do klasyki kina: w dialogach pojawiają się takie tytuły, jak „Podejrzenie” Hitchcocka bądź „Dama z Szanghaju” Wellesa czy wreszcie – najistotniejszy dla interpretacyjnych wycieczek – „Stalker” Tarkowskiego.


Z kolei założona przez Jarmusha na potrzeby realizacji tego filmu firma producencka nazywa się Point Blank (oryginalny tytuł słynnego filmu Johna Boormana „Zbieg z Alcatraz”). Jednak Jarmusch posługuje się tym rozpoznawalnym filmowym kodem tylko po to, by zaprowadzić nas dalej, poza granice ruchomego obrazu. Używając przebrania filmu akcji, zmusza swojego bohatera do bezczynności: poza piciem kawy w różnych kawiarniach, oglądaniem obrazów i wysłuchiwaniem monologów swoich dziwacznych interlokutorów, Samotny Mężczyzna nie podejmuje zbyt wielu działań.

Nie spodziewajmy się w tej quasi-sensacyjnej fabule pościgów z odbezpieczonymi giwerami... Jednak jego pozornie spokojne czekanie jest w istocie zaplanowanym działaniem, a pod maską bezruchu toczy się dynamiczna gra prowadząca do dramatycznego (choć znów tajemniczego) finału. Jarmusch daje nam do rozwiązania złożony z paradoksów koan i zaprasza do wspólnej medytacji. By to uczynić, musimy wejść w samą materię filmu, zrezygnować z kontroli nad nim. Musimy przestać patrzeć, musimy stać się obrazem, pozwolić na swobodne przenikanie: sztuk, bytów, doświadczeń.

p



W jednym z amerykańskich seriali, które lubię oglądać: „Bored to Death”, pojawiła się ostatnio fikcyjna historia o tym, że Jim Jarmusch kręci film o nowojorskim poecie Franku O’Harze (notabene reżyser pojawia się w tym odcinku we własnej osobie). Ku mojemu żalowi nic nie słychać o tym, by taki obraz miał naprawdę powstać, ale „The Limits of Control” przypomina wiersze O’Hary. Skupione na detalu, celebrowaniu najbanalniejszych drobiazgów, autoanalizie „ja” zanurzonego w ciągnącej się w nieskończoność chwili. I choć Jarmusch na swojego patrona przywołuje tu raczej mistrza synkretyzmu Rimbauda, duch O’Hary na pewno też mu towarzyszył.