Przed siedmioma laty trafił swoim "Chicago" w dziesiątkę. Rozbił kasę, zgarnął sześć Oscarów, a przy okazji przywrócił musical do hollywoodzkich łask. Nawiązał do klasyki z lat 30. w nowej oprawie i odniósł sukces, proponując widowisko staroświeckie duchem i nowatorskie formą, jednocześnie konserwatywne i rewolucyjne.


Podrabianie Felliniego

W "Dziewięć" Marshall chciał przebić samego siebie i rozmachem, i choreografią, i zestawem gwiazd (m.in. Daniel Day-Lewis, Penelope Cruz, Nicole Kidman, Judi Dench, Sophia Loren) i artystycznymi ambicjami. Punktem wyjścia był przecież temat wzięty z "Osiem i pół" Felliniego. Najpierw w latach 80. zaadaptowany na święcące triumfy broadwayowskie przedstawienie, teraz z kolei przeniesiony na ekran.

"Dziewięć" zatoczyło więc pełne koło od filmu do filmu. Niby nic nowego. Filmowe korzenie miało wcześniej kilka innych znaczących scenicznych produkcji, broadwayowskie hity nie od dziś przecież są ulubioną podstawą dla hollywoodzkich musicali, nieraz też sztuka wysoka przerabiana była na sceniczne, rozrywkowe spektakle i ekranizowana (choćby "My Fair Lady"). W "Dziewięć" wszystkie te tendencje i zależności się spotkały, obiecując widowisko, jakiego jeszcze nie było. Problem w tym, że choć Marshall próbuje olśniewać przepychem i choreografią, uwodzić gwiazdami, to jednak coś w jego nowym musicalu nie gra, czegoś tu za dużo, a czegoś za mało.


Bohaterem jest reżyser Guido Contini (Daniel Day-Lewis). Imię nosi więc takie samo jak bohater "Osiem i pół", z kolei nazwisko ma się jednoznacznie kojarzyć z Fellinim. Podobnie jak cała masa innych rzeczy. Grająca żonę Guido Marion Cotillard wystylizowana jest na obraz i podobieństwo żony Felliniego Giulietty Masiny. Znaczna część akcji rozgrywa się w scenerii włoskiej fabryki snów, wytwórni Cinecitta, która była dla Felliniego drugim domem, a i mnóstwo innych detali odsyła nie tylko do "Osiem i pół", ale też do innych klasycznych obrazów Felliniego.

Tak jak w oryginale Guido przeżywa twórczy kryzys. Ma zacząć nowy film, ale wymyślił tylko tytuł - "Italia". Poza tym nie wie, o czym i jak chce opowiadać. Zatem ucieka. Od natrętnych dziennikarzy, od żony, matki, kochanki, a wreszcie i od całej natrętnie atakującej rzeczywistości w świat wspomnień, marzeń i rojeń. Impreza w tancbudzie To z sytuacji permanentnej ucieczki, z nierzeczywistych wyobrażeń snuje Marshall fabułę i nadaje jej musicalową formę skrzącej się kolorami, kobiecymi przebierankami i tanecznymi popisami fantasmagorii. Guido realność przekuwa w odrealnione wizje: a to starą przyjaciółkę przebiera w kostium kabaretowej gwiazdy, żonę widzi jako operową diwę, a kochankę wyobraża sobie jako prężącą boskie ciało w erotycznym show tancerkę. Może to i zgrabny pomysł na bezbolesne wprowadzanie muzyki i tańca w akcję, na integralne zespolenie żywiołu dramatycznego z musicalową jazdą obowiązkową.


Tyle że Marshall od początku do końca jedzie właściwie na jednym i tym samym patencie, nuży mechaniką metamorfoz swych bohaterek, nudzi tanimi sztuczkami rodem z kiepskiego kabaretu, a całą psychologiczną prawdę rozmywa w inscenizowanych ze zbyt ostentacyjną sztucznością, rażących banałem kupletach. Całą złożoną strukturę arcydzieła Felliniego, opowieść o twórczej niemocy, życiowej flaucie rozmienił więc Marshall na kiczowate atrakcje ze zramolałej tancbudy. Tym bardziej kiczowate, że podawane z napuszonym patosem, tonem wielkiego odkrycia.

Niczego nie potrafi wziąć w konwencjonalny nawias, z powtarzanych na jedno kopyto obrazków nie wydobywa ani krztyny polotu, nie porywa świata do tańca znaczeń, do wirowania skojarzeń, żonglowania konwencjami. Nawet finałowe ujawnienie (skądinąd także wtórne) teatralności całego spektaklu nie ratuje już sytuacji, nie jest w stanie zatrzeć wrażenia siermięgi.


Musicalowy marazm

Przypadek "Dziewięć" jest dla całego gatunku więcej niż znamienny. Ostatnie sukcesy musicalu i kina tanecznego bazują jednak dość ostentacyjnie na nostalgii, noszą na sobie wyraźny stygmat schyłkowości. A karuzela popkulturowych mód kręci się dziś szybciej niż kiedykolwiek. To, co przyciąga do kin dzisiaj, wcale nie musi przyciągać jutro. Wiele mieliśmy ostatnio takich pozornych odrodzeń.

Gdyby musical rzeczywiście chciał wykorzystać swój potencjał, niejako dokończyć swą ewolucję, powinien oderwać się od jarmarcznych korzeni. Iść raczej modernistyczną ścieżką wytyczoną w latach 60. i 70., kiedy to okazało się, że musical może właściwie wszystko: opowiedzieć o narodzinach faszyzmu ("Kabaret"), odtworzyć na ekranie świat, którego już nie ma ("Skrzypek na dachu"), odmalować tło rewolucji obyczajowej ("Hair"), a nawet przejmująco podjąć temat śmierci ("Cały ten zgiełk").

Marshall pozornie tym tropem poszedł, podejmując temat wykraczający poza rozrywkowy schemat. Cóż z tego, skoro utopił cały pomysł w kiczowatym blichtrze rodem z lat 30. - może i uroczym, ale jednak prowadzącym na manowce.