Musicale odnoszą sukcesy, ale kręci się ich mniej niż w czasach największej popularności. Jedni mówią o renesansie, inni wieszczą rychły i tym razem ostateczny koniec gatunku. Takie proroctwa pojawiały się jednak i wcześniej, a musical jakoś się obronił, dzisiaj też nie chce zejść ze sceny.

Kwitnie w bollywoodzkim wydaniu, a i Hollywood podejmuje raz na jakiś czas wystawne próby podreperowania świetności musicalu. Tym bardziej że najgłośniejsze (i najkosztowniejsze) musicalowe produkcje ostatniej dekady - „Chicago”, „Moulin Rouge” czy „Dreamgirls” odnosiły przecież artystyczne i kasowe sukcesy. „Dziewięć” Roba Marshala jest kolejną takiego skoku na kasę i swego rodzaju kolejnym próbnym balonem. Drogich musicali nikt nie chce dziś robić zbyt często.

Producenci boją się ryzyka, oceniając rynek jako płytki i niepewny. Także dlatego Rob Marshall, który w obsypanym sześcioma Oscarami „Chicago” przywrócił dawną świetność gatunkowi, czekał aż siedem lat na realizację swego najnowszego projektu "Dziewięć", który ma przebić „Chicago” i artystycznymi ambicjami (wszak osnową jest tu „Osiem i pół” Felliniego), i rozmachem, i choreografią, i zestawem gwiazd (m.in. Daniel Day-Lewis, Penelope Cruz, Nicole Kidman, Judi Dench, Sophia Loren).

Tak dzisiaj być musi, aby musical odniósł sukces, musi olśniewać przepychem, choreografią, gwiazdami. Nie da się już jak dawniej seryjnie produkować tanim kosztem byle jakich śpiewogier i sprzedawać spragnionej blichtru publice.


Pionierskie lata

Zresztą historia musicalu to także historia gwiazd - takich, które specjalizowały się wyłącznie w musicalach. Dziś już takich w kinie nie ma. Musical wrócił do domu - do muzycznych teatrów, rewiowych teatrzyków, kabaretów. Wciąż przyciąga, wciąż zdarza mu się święcić tryumfy, wciąż to sceniczne megahity są najchętniej przenoszone na filmowe ekrany.

Z „Dziewięć” nie jest inaczej. Gdyby nie sukces na Broadwayu muzycznej sztuki zainspirowanej Fellinim, nikt by w „Dziewięć” nie zainwestował. Hollywoodzcy producenci od lat zresztą kierują się zasadą inżyniera Mamonia, zgodnie z którą widowni może się spodobać tylko to, co już wcześniej słyszała i widziała. Musical dziś to zatem przede wszystkim scena. Tam ten gatunek wciąż żyje i oddycha bez sztucznej reanimacji. Tam też się przecież narodził.


Stało się to gdzieś pod koniec XIX wieku, choć precyzyjnie ustalenie rodowodu musicalu wcale nie jest łatwe. Za prekursora i prawodawcę gatunku uważa się brytyjskiego artystę estradowego, George’a Edwardesa. Jedno ze swoich przedstawień zatytułowane „Wesoła dziewczyna” („A Gaiety Girl”, 1893), nazwał on mianem komedii muzycznej i zapoczątkował reformę muzycznego teatru w kierunku lekkiego repertuaru. Inni wskazują jako pierwszy utwór o bliskiej późniejszemu musicalowi strukturze „Czarnego Oszusta” (1866) Ch. Barrasa i G. Opertiego. Jedno jest pewne – musical jako gatunek wchłonął elementy zarówno amerykańskich widowisk muzycznych – extravaganz, burlesek, wodewili, jak i europejskich operetek rewii i widowisk kabaretowych. Długo trwał w stanie inkubacji, długo się wykluwał i długo dojrzewał.


Przełomową datą w historii musicalu był dopiero rok 1927. Za sprawą spółki autorskiej Jerome Kerna i Oscara Hammersteina II na szerokie wody Broadwayu wypłynął wtedy „Statek komediantów”, który uważa się za pierwszy w pełni ukształtowany współczesny musical. Jego twórcy zerwali z obowiązującą wcześniej formułą przeplatania scen dramatycznych wpadającymi w ucho rewiowymi szlagierami, a zamiast tego zadbali o spójność formy i muzyczną dramaturgię całości. Rok później premierę miała „Opera za trzy grosze” Kurta Weilla i Bertolta Brechta – milowy krok w kierunku musicalu europejskiego.


Popularność musicalu na scenach Broadwayu natychmiast postanowiło zdyskontować kino. Tym bardziej że po przełomie dźwiękowym było już na to w pełni gotowe. Wcześniej scenom tańca muzyka towarzyszyć musiała niejako z offu, grana na żywo podczas seansu przez tapera bądź orkiestrę.

Pierwszy pełnometrażowy musical filmowy "Melodia z Broadwayu" powstał już w 1929 roku, a więc zaledwie dwa lata po scenicznym sukcesie „Statku komediantów”. Opowiadał historię dwóch sióstr, aktorek wodewilowych, które przyjeżdżają do Nowego Jorku, by wystąpić na Broadwayu. Film reklamowano hasłem: „Wszyscy mówią, wszyscy śpiewają, wszyscy tańczą”. Nieco archaiczne wodewilowe korzenie filmu, naiwna fabuła, niewiarygodny wątek miłosny i taneczne podskoki bohaterów trącą już dziś myszką, ale w swoim czasie „Melodia Broadwayu” była rewolucyjna.

Począwszy od dialogów poprzez wykorzystanie ruchomej kamery, na postprodukcji efektów dźwiękowych skończywszy. Jako pierwsza produkcja muzyczna i w ogóle dźwiękowa została uhonorowana Oscarem dla najlepszego filmu lat 1928 – 1929. Nade wszystko zaś stanowiła preludium do złotej ery musicalu na ekranie.


Złote czasy Freda i Ginger

Lata 30. to czas królowania musicalu. Stosunkowo szybko jako gatunek zdołał wypracować sobie stałe schematy narracyjne i przestał być tylko widowiskiem, w którym wszyscy tańczą i śpiewają. Oprócz powiązanego z rozwojem fabuły śpiewu i tańca do zapewnienia filmowi sukcesu potrzebna była również opowieść, najczęściej oparta na wątku miłosnym. Nowy gatunek filmowy pozwolił na wykreowanie nowych gwiazd. W latach trzydziestych musical miał dwa imiona: Fred i Ginger. Fred Astaire – młody tancerz z Broadwayu, którego rzadko określano mianem przystojnego, za to wkrótce okrzyknięto najlepszym tancerzem kina, oraz Ginger Rogers - utalentowana wokalnie, tanecznie i dramatycznie aktorka. Zagrali razem w dziewięciu musicalach, z których najbardziej znane to „Panowie w cylindrach” (1935), „Swing Time" (1936) czy „Zatańczymy?" (1937) z niezapomnianą sekwencją wokalno-taneczną „They All Laught".



Sceny muzyczne i taneczne w filmach z ich udziałem uzupełniały linię fabuły, w logiczny sposób wplecione były w wir miłosnych uniesień, nieporozumień, rozstań i powrotów. Oboje wnosili do swych filmów również humor: Astair raczej sytuacyjny, znakiem firmowym Rogers stały się zaś cięte dialogowe riposty. Fred Astaire przyczynił się też do zmiany sposobu, w jaki kamera porusza się w musicalu. Nalegał na długie ujęcia, które wymagały perfekcji od niego i partnerki. Specjalnie dla niego zaprojektowano więc tzw. „Astaire dolly” - kamerę na kółkach, która pozwalała podążać za tancerzem, pokazując całą jego sylwetkę z bliskiej odległości. Fred i Ginger stworzyli jeden z najbardziej rozpoznawalnych tanecznych duetów filmowych. Znakomicie się uzupełniali, jak mówiła Katharine Hepburn: „On dał jej klasę, ona jemu seksapil”.


Sukces i popularność, jakie musical osiągnął w latach 30., rozciągnęły się jeszcze na lata 40. i 50. m.in. za sprawą wybitnego choreografa i tancerza Gene’a Kelly’ego. Kelly, kolejny tancerz „importowany” z Broadwayu do Hollywood, zadebiutował w musicalu „For Me and My Gal” (1942) u boku Judy Garland. Pierwszym dużym sukcesem był dla niego występ w „Cover Girl” (1944), zaś sławę przyniosła mu główna rola w oscarowym „Amerykaninie w Paryżu” (1951).




W 1952 r. powstała zaś „Deszczowa piosenka”, którą wielu uważa za najlepszy musical w historii. Satyrycznie przedstawiał on obraz Hollywood u schyłku kina niemego. Rewelacyjne kreacje stworzyli Jean Hagen (jako gwiazda kina, której warunki głosowe nie pozwalają na występy w filmach udźwiękowionych), Debbie Reynolds (jako obdarzona pięknym głosem dublerka Liny) i oczywiście Gene Kelly, który wraz ze Stanleyem Donenem wyreżyserował film. Jak na film kultowy przystało, „Deszczowa Piosenka" obfituje w niezapomniane sceny – brawurowa sekwencja tańca Kelly’ego w deszczu z towarzyszeniem tytułowego przeboju stała się najbardziej rozpoznawalną taneczną sceną w dziejach kina.


Dwie rewolucje

W latach sześćdziesiątych musical nadal święcił tryumfy. Od roku 1958 do 1968 spośród obrazów nominowanych do Oscara w kategorii najlepszy film aż osiem stanowiły musicale. „West Side Story” (1961) Jerome’a Robbinsa i Roberta Wise’a, inspirowany broadwayowską wersją „Romea i Julii”, zdobył aż dziesięć statuetek, „My Fair Lady" z Audrey Hepburn – osiem, zaś „Dźwięki muzyki" (1965 ) – pięć. Każdy z tych filmów stał się kasowym hitem. Każdy jest ekranizacją musicalu wystawianego na Broadwayu. Żaden z nich nie stanowił nowej jakości wobec musicali z lat pięćdziesiątych, lecz wszystkie razem uwspółcześniły gatunek. Musical przestał być domeną tancerzy i śpiewaków.



Środek ciężkości z wokaliz i tanecznych pas przesunął się w kierunku dramaturgii. Główne role nierzadko przypadały więc znanym hollywoodzkim aktorom, za których partie wokalne podkładali dublerzy z Broadwayu. Niekiedy ci sami, którzy grali główne role w scenicznym pierwowzorze. Tak było właśnie z Audrey Hepburn, za którą głos podkładała Julie Andrews.


Właśnie dzięki tym zmianom lata 70. przyniosły narodziny musicalu nowej ery. Wprawdzie pierwsza połowa dekady zwiastowała kryzys. Zdarzały się perełki, choćby cudownie dekadencki, osadzony w Berlinie lat 30., łączący tradycję amerykańską i europejską „Kabaret” (1972) Boba Foss’e z Lizą Minelli czy podający w cepeliowskiej formule żydowski folklor „Skrzypek na dachu” (1971) w reżyserii Normana Jewisona. Generalnie jednak musical mocno stracił na popularności. Jeśli już pojawiały się w kinach produkcje tego gatunku, najczęściej okazywały się klapą. Musical potrzebował drugiego oddechu.


Człowiekiem, który wskrzesił gatunek, był John Badham, reżyser „Gorączki sobotniej nocy” (1977). Film łączył dyskotekowe przeboje Bee Gees i taneczne popisy Johna Travolty z przygnębiającą fabułą, która odróżniała go od lukrowanych poprzedników. Opowiadał o braku perspektyw dzieciaków z Brooklynu, które raz w tygodniu w blasku dyskotekowych świateł mogą się poczuć kimś, zostać królami parkietu. Obraz uczynił z Travolty idola ówczesnej młodzieży, a nakręcony rok później „Grease” – pełna słodkiej nostalgii podróż do lat pięćdziesiątych jeszcze bardziej utrwalił jego pozycję króla musicalowych parkietów.

W 1979 Milos Forman zrealizował swoje marzenie – wyreżyserował film „Hair" oparty na musicalu granym na Broadwayu. Odebrał mu nieco naiwności, skupił się na obrazie rewolucji obyczajowej, hippisowskiej mitologii i tragicznym kontekście wojny w Wietnamie.


Okazało się, że śpiew i taniec na ekranie mogą służyć nie tylko rozrywce, ale też sprawom poważniejszym: opowiedzieć o narodzinach faszyzmu („Kabaret”), odtworzyć na ekranie świat, którego już nie ma („Skrzypek na dachu”), odmalować tło rewolucji obyczajowej („Hair”) czy sportretować erę disco („Gorączka sobotniej nocy”, „Grease”), a nawet przejmująco podjąć temat śmierci („Cały ten zgiełk” Boba Fosse’a). Okazało się, że musical może tak naprawdę wszystko. Wystarczy tylko ciekawy pomysł, sprawna realizacja, świetna muzyka, chwytliwa choreografia. Tyle że odkrycie pojemności musicalu jako gatunku było zarazem zmierzchem jego klasycznej formuły.


Zmierzch i odrodzenie

W latach 80. i 90. musicale zostały dosłownie zmiecione z ekranów. Zastąpiły go albo filmy stricte muzyczne, albo dla odmiany skupione na celebracji tańca, jak choćby „Flashdance” (1983) opowiadający o dziewczynie pracującej w hucie i marzącej karierze profesjonalnej tancerki z bardzo zmysłową choreografią popisów głównej aktorki Jennifer Beals.

Ale tak naprawdę gigantycznym tanecznym hitem dekady stał się słynny „Dirty Dancing” (1987), w którym nastolatka na wakacjach zakochuje się w przystojnym tancerzu i zamiast jego partnerki występuje w gorącym pokazowym numerze.


Nie było chyba wówczas nastolatki, która nie śniłaby, żeby w finałowym popisie w rytm chwytliwej melodii „I've Had The Time of My Life” zastąpić Jennifer Grey w ramionach Patricka Swayze. Cały cykl filmów o tańcu nakręcił Carlos Saura, żeby wymienić tylko „Krwawe gody" (1981), „Carmen” (1983), „Flamenco” (1995) czy „Tango” (1998). Saura podniósł taniec nie tylko do funkcji środka ekspresji zdolnego zastąpić werbalną komunikację, ale nadal mu rangę kulturowego kodu. Z kolei Ettore Scola w „Balu” zaproponował wycieczkę przez XX-wieczną historię, zamykając ją w ramach jednego balowego wieczoru.

Nie sposób też nie wspomnieć znakomitego „Billy Elliota” (2000) Stephena Daldry’ego z rewelacyjną rolą młodziutkiego Jamiego Bella jako chłopca z przedmieścia, który zamiast zgodnie z wolą ojca trenować boks, poświęca się niemęskiej sztuce baletu.


Na odrodzenie się w klasycznej formie musical musiał jednak poczekać aż do 2001 roku, kiedy to odwagą wskrzeszenia gatunku wykazał się Baz Luhrmann. Odwaga się opłaciła, bo jego „Moulin Rouge” został pierwszym musicalem nominowanym do Oscara od 1979 roku. Luhrmann postawił na gwiazdy (Nicole Kidman i Ewana McGregora), wyśmienitą choreografię, utkaną z największych przebojów XX wieku w nowych aranżacjach ścieżkę dźwiękową, oszałamiającą blaskiem i przepychem scenografię oraz oczywiście wzruszającą historię miłosną.

Jeszcze większym sukcesem okazało się zrealizowane rok później „Chicago", które pokazało, że musical może mieć w XXI wieku wiele do zaoferowania.


Po tych sukcesach musicale zaczęły pojawiać się w kinach z dużą regularnością. W 2004 roku powstała kolejna filmowa wersja „Upiora w operze” (najdłużej granego musicalu w historii Broadwayu) w reżyserii Joela Schumachera, która nie dorównała niestety wersji scenicznej pod żadnym względem. Klapą okazała się również ekranizacja innego broadwayowskiego hitu – „Rent” (2005).

Złą passę przełamał dopiero „Lakier do włosów” (2007) – musicalowa wersja apologii kiczu Johna Watersa z 1988 roku. Również adaptacja rozsławionego na Broadwayu „Sweeney Todd” (2008) w reżyserii Tima Burtona z jego męską muzą, Johnnym Deppem, w roli głównej nie przeszedł bez echa. Gigantyczny sukces odniósł film „Mamma mia!” (2008), oparty na nieśmiertelnych przebojach Abby.

Fenomenem stał się sukces cyklu „High School Musical”, który z telewizyjnego ekranu trafił do kin, hipnotyzując nastolatki na całym świecie.


Ostatnie sukcesy musicalu i kina tanecznego pokazują więc z jednej strony, że skazywany przez wielu na zapomnienie, powiedział jeszcze ostatniego słowa. Z drugiej jednak na ogłoszenie renesansu gatunku jest jednak za wcześnie. Większość z ostatnich musicali bazuje jednak dość ostentacyjnie na nostalgii, nosi na sobie wyraźny stygmat schyłkowości. A karuzela popkulturowych mód kręci się dziś szybciej niż kiedykolwiek. To, co przyciąga do kin dzisiaj, wcale nie musi przyciągać jutro.

Wiele mieliśmy ostatnio takich pozornych odrodzeń. Gdyby musical rzeczywiście chciał wykorzystać swój potencjał, niejako dokończyć swą ewolucję powinien iść raczej ścieżką wytyczoną w latach 60. i 70., tymczasem choć ambicje sygnalizuje spore idzie przede wszystkim w kiczowaty blichtr rodem z lat 30. – uroczy, ale jednak prowadzący chyba na manowce, czego „Dziewięć”, choć wystawne i efektowne, jest niestety kolejnym dowodem.