Porównania z Jamesem Deanem pojawiły się niemal natychmiast. Obaj zginęli w szczycie swojej kariery i aktorskich możliwości, zagrawszy jedynie w kilku wartych uwagi filmach. Stworzyli w nich jednak ikoniczne kreacje. Obaj też otrzymali oscarowe nominacje za role w obrazach, które trafiły na ekrany już po ich odejściu: Dean za „Na wschód od Edenu” oraz „Olbrzyma”...


...zaś Ledger za niezapomnianego Jokera w „Mrocznym rycerzu”. Ale tylko Heathcliff Andrew Ledger pośmiertnego Oscara dostał. I to jako drugi (po Peterze Finchu) zmarły aktor w historii nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej.


Ledger zmarł w wieku 28 lat na skutek przypadkowego przedawkowania środków uspokajających, niedługo po ogromnym sukcesie „Tajemnicy Brokeback Mountain”.


Okoliczności jego odejścia przywołały wspomnienia także innej tragicznej straty – w 1993 roku po zażyciu narkotyków umarł River Phoenix, młody i zdolny aktor, który zagrał kilka dobrych ról, zabłysnął w dobrym filmie gejowskim („Moje własne Idaho” Gusa van Santa) i niefortunnie zszedł w klubie swego przyjaciela Johnny’ego Deppa. Jego dramat na krótki czas stał się pożywką dla mediów. Kto jednak, oprócz kilku filmowych krytyków niemogących odżałować zmarnowanego talentu, pamięta dziś o bracie Joaquina Phoeniksa?


Legenda Ledgera może przetrwać dłużej. Australijczyk miał bowiem w sobie to nieuchwytne „coś”, co pozwoliło mu stać się ikoną pokolenia, a niespodziewana śmierć nadała jej jeszcze bardziej symboliczne znaczenie.

Świadczyły o tym już pierwsze, spontaniczne reakcje fanów, którzy już w kilka godzin po odejściu gwiazdy składali kwiaty pod zaimprowizowanym w pobliżu jego nowojorskiego apartamentu pomnikiem, złożonym z ręcznie malowanych portretów, zdjęć i plakatów.

Pamięć gwiazdora umocniła także medialna histeria, która rozgorzała wokół niespodziewanego zgonu („New York Times” pisał wówczas: „Grał jak Marlon Brando w swoich najlepszych latach”), podbudowana działaniami marketingowymi związanymi z premierą „Mrocznego rycerza”.

W jednej z najbardziej dochodowych produkcji w historii kina Ledger stworzył mroczną, emocjonalną, wręcz neurotyczną kreację, która - jeśli wierzyć plotkom - doprowadziła go na skraj psychicznego załamania. Na zawsze pozostanie więc już Jokerem o wykrzywionej twarzy. Ale również pełnym dumy, wrażliwym, zadziornym buntownikiem z „Patrioty”, „Czekając na wyrok”, „Casanovy” czy obecnego na dużych ekranach „Parnassusa” w reżyserii Terry’ego Gilliama, w którym nieukończoną przezeń rolę młodego outsidera podjęło w pięknym geście przyjaźni trzech znakomitych aktorów: Jude Law, Colin Farrell i Johnny Depp.

Cóż, ktoś, kto nosił imię po bohaterze romantycznej powieści Heathcliffie z „Wichrowych Wzgórz”, zasługuje na romantyczną legendę.