Co najlepiej wspominasz z czasów, kiedy pracowałaś nad „Rozwodem po francusku"?
Naomi Watts: Darmową wycieczkę do Paryża. Ale nie tylko. Chyba nigdy wcześniej ani później nie jadłam tak pysznego jedzenia jak wtedy we Francji. Odlot.

A gdzie czujesz się jak w domu?
Wszędzie jestem outsiderem. Odkąd pamiętam, dużo podróżowałam. Nigdzie nie zagrzałam na dłużej miejsca. Dorastałam w Anglii, potem przeprowadziłam się do Australii. Ale nawet na Wyspach często zmieniałam szkoły. Efekt był taki, że zawsze byłam nowa albo obca. Wiem, co to znaczy, być osobą, która nigdzie nie pasuje, różni się od reszty i nawet to lubi. Dlatego nie mam problemu z tym, że ktoś mnie nie akceptuje.

Masz opinię jednej z najbardziej pracowitych aktorek w Hollywood. Urlop to w twoim przypadku rzadkość. Jak radzisz sobie z przechodzeniem z jednego planu filmowego na drugi? Bo przecież z dnia na dzień musisz stawać się zupełnie inną osobą, wchodzić w kolejne skóry, zmieniać maski…
Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie mam z tym problemu. Bo mam. Bardzo ważne dla aktora jest tych kilka dni lub tygodni, by przygotować się do kolejnej roli. Ale często tej przerwy niestety nie ma. Wtedy zatrudniam trenera aktorstwa i próbujemy wspólnie, w ekspresowym tempie wcielić mnie w kolejną rolę. Nie zawsze jednak efekt jest taki, jakiego bym sobie życzyła. Zdarza się, że na planie jestem roztrzęsiona i nie wiem, kogo gram. To minusy ciągłego biegu.


Dlaczego zatem godzisz się na takie życie? Zależy ci na tym, by wciąż pozostawać na hollywoodzkiej fali i do końca wykorzystać to, że jesteś wziętą aktorką? Boisz się, że gdybyś przestała harować, spadłabyś do kategorii aktorek drugoplanowych?
Chodzi o coś innego. Na myśl, że mogłabym nic nie robić, że telefon nie zadzwoni, zaczynam panikować. Po prostu nie wyobrażam sobie siebie bez pracy, bez aktorstwa. Dla mnie harówka, jak to nazwałeś, jest synonimem życia. Chociaż jednocześnie coraz częściej nachodzą mnie myśli, że należałoby trochę wyhamować. Bo to przecież nie jest zdrowe podejście. Chyba któregoś dnia będę musiała po prostu się zmusić i pójść na urlop.

Stereotypowa gwiazda Hollywood nie zgodziłaby się grać postaci, w które ty się wcielasz. W jaki sposób podejmujesz decyzję, czy przyjąć rolę, czy ją odrzucić?
Motywy są różne. I u mnie chyba zmieniają się wraz z wiekiem. Kiedyś byłam w stanie zagrać jakąś postać, bo w scenariuszu spodobała mi się zaledwie jedna scena z jej udziałem. Teraz rozstrzygające jest dla mnie, żeby pracować z reżyserem, z którym czuję się bezpiecznie. Inne czynniki, takie jak reszta obsady czy miejsce, w którym film będzie kręcony, również nabierają znaczenia.

To nie jest odpowiedź hollywoodzkiej gwiazdy. A gdzie dążenie do sławy? Pragnienie błyszczenia na okładkach kolorowych magazynów?
Cóż, nie zależy mi na tym. Dla mnie najważniejsze jest chyba to, by póki mam możliwości, próbować wszystkich rzeczy, jakie oferuje zawód aktora. Zależy mi na tym, by ludzie kojarzyli mnie z dobrymi filmami, a nie jako dziewczynę jakiegoś superagenta z wielkobudżetowej produkcji akcji.


Ale im stajesz się bardziej znana, tym pojawia się większa pokusa, by zostać celebrytką. Jak się przed tym bronisz?
Przed sławą? Nie bronię się. Dziennikarze pogodzili się już chyba z tym, że nie zamierzam wchodzić w buty celebrytki, cokolwiek to znaczy.

Uchodzisz za osobę, która dobrze chroni swoją prywatność? Jak to robisz?
Staram się nie zauważać, że jest ktoś, kogo interesuje moje życie prywatne. Nie czytam wiadomości o gwiazdach i próbuję się walczyć z pewną autocenzurą – nie podejmuję decyzji na podstawie tego, jak to zostanie zinterpretowane przez to czy inne pismo. Ignorowanie przynosi najlepsze efekty.