"Pożegnania" (aka "Okuribito")
Japonia 2008; reżyseria: Yojiro Takita; obsada: Masahiro Motoki, Motoki Masahiro, Tsutomu Yamazaki, Yamazaki Tsutomu, Ryoko Hirosue; dystrybucja: Vivarto; czas: 130 min; Premiera: 22 stycznia; Ocena 4/6



W oscarowym wyścigu „Pożegnania” w pobitym polu pozostawiły m.in. faworyzowane, nagradzane na festiwalach „Walc z Bashirem” czy „Klasę”. Werdykt o tyle zaskakujący, że japońskie kino żyje ostatnio rzadkimi sukcesikami, wspomnieniami o dawnej świetności i nieco więdnącą popularnością własnej szkoły horroru. Z drugiej w pełni zrozumiały, bo film Yojiro Takity jest niemal skrojony pod gusta Akademii. Niby porusza temat tabu, ale ostrożnie i estetycznie.

Grozy śmierci tu nie ma, nie nadaje jej się wymiaru egzystencjalnej tragedii. Jest dyskretny smutek, cicha rozpacz, przyzwyczajenie, a przede wszystkim podszyta strachem kulturowa marginalizacja, obłożenie tabu, którego lepiej nie naruszać, bo można się znaleźć poza nawiasem. Tak jak główny bohater, Kobayashi – średnio utalentowany wiolonczelista, który po rozpadzie orkiestry, wraca do domu swej matki na obrzeżach Tokio. Szukając pracy, trafia do domu pogrzebowego. I już zostaje, choć początkowo czuje wstręt, a otoczenie zaczyna traktować go jak trędowatego. Żona wyjeżdża do rodziców, starzy znajomi przestają się kłaniać na ulicy.


Tymczasem Kobayashi zaczyna dzięki znajomości ze śmiercią lepiej poznawać życie. Dojrzewa, oswaja demony własnej przeszłości, a jego szef staje się dlań guru. To artysta w swoim fachu, nad zwłokami odprawia prawdziwe czary: myje ubiera, maluje, by godnie odprawić umarłych na drugą stronę. Powoli i sam Kobayashi zaczyna rozumieć śmierć jako rytuał przejścia, a swoją pracę traktuje jak misję. I sam staje się mistrzem. Sceny, w których z prestidigitatorską zręcznością przebiera do trumny martwe ciała, przypominają jakieś misteria oswojenia ze śmiercią, przełamania jej tabu.



Ładne to obrazki, estetyczne, świetnie sfotografowane, a zarazem niepopadające w kicz. Jakoś wpisane w logikę opowieści z morałem oczywistym, choć podanym dyskretnie, wydobytym ze scenariusza, a nie założonym z góry, obliczonym na wywołanie emocjonalnego szantażu. To atut, bo są momenty w tym filmie, które wzruszają naprawdę. Owszem, wyidealizowany wizerunek śmierci pozbawionej niemal fizjologicznego wymiaru, pudrowanej balsamami ociera się o pretensjonalność, zaskakując przy tym kulturową europeizacją. Owszem, wątek pogodzenia się z pamięcią o ojcu, który niegdyś Kobayashiego odrzucił, trąci mydlaną operą. A jednak te słabości „Pożegnań” nie gubią, nie banalizują.

Ratuje ten film nuta ironii, drobne przyjemności kąpieli i jedzenia przemycające garstkę może i niezbyt odkrywczych, ale tym prawdziwszych życiowych mądrości. Ujmuje konsekwencja w utrzymywaniu dystansu między powagą, a delikatnym humorem, balansowanie na granicy czułostkowości. Takita zatrzymuje się na progu, z niczym nie przesadza ani z melodramatyzmem, ani z patosem, ani z estetyzacją. W efekcie ze sztuczności rodzi się nutka autentyzmu. Po japońsku autentycznego, po hollywoodzku lekkostrawnego, i po europejsku uroczego. Doprawdy, trudno się dziwić amerykańskim członkom Akademii, że dali się uwieść.