"Stare wygi" (aka "Old Dogs")
USA 2009; reżyseria: Ann Margret, Walt Becker; obsada: Robin Williams, John Travolta, Kelly Preston, Matt Dillon; dystrybucja: Forum Film; czas 88 min; Premiera: 22 stycznia; Ocena 1/6



Mamy więc dwóch panów w pewnym wieku: czarusia i podrywacza Charliego (John Travolta) i safandułę Dana (Robin Williams). Przyjaciele ze szkolnej ławy od wielu lat prowadzą wspólny biznes i właśnie trafił im się kontrakt życia z pewną japońską firmą. Jak to z męską przyjaźnią bywa, panowie mają też swoją historię. Siedem lat wcześniej, kiedy Dan ciężko przeżywał rozwód, zaszaleli ostro w Las Vegas. Na pamiątkę zostały mu pokaźny tatuaż na piersi z napisem „Fremont” (nazwa miast w Kalifornii), unieważnione po tej nocy małżeństwo ze świeżo poznaną ślicznotką i kilka anegdot, którymi raczy słuchaczy przy każdej okazji jego przebojowy kumpel. Okazuje się jednak, że noc była bardziej brzemienna w skutki, niż podejrzewali.

W życiu Dana pojawia się kobieta, z którą spędził noc w Vegas, i jej siedmioletnie bliźnięta – owoc tej nocy. Z powodu udziału w nielegalnej akcji społecznej kobieta musi odsiedzieć wyrok dwóch tygodni w więzieniu, a dzieci chce zostawić u świeżo odnalezionego tatusia. Zapracowani kumple, mimo początkowych oporów, zdecydują się spełnić listę „życzeń do taty”, którą przygotowały na okoliczność spotkania dzieci.


Przemilczałabym kompletny bezsens fabularny tej produkcji – wszak jest to znak firmowy familijnych filmów z Hollywood, z definicji zgadzam się też na happy end. Ale chciałabym, by po drodze oszczędzono mi chociaż popuszczających mocz psów, popierdywania, rozmów dwóch tetryków o pigułkach na starość i efektów zamienienia tych specyfików przez dzieci, a przede wszystkim widoku Travolty i Williamsa w skautowskich krótkich spodenkach. Byłabym też wdzięczna wytwórni Disneya za unikanie traumatyzujących widza i niesmacznych finałów z udziałem pingwinów i goryli.

Jaki płynie wniosek z takiego seansu jak „Stare wygi”? Ano niestety dwie smutne konstatacje: po pierwsze, że scenarzysta filmu familijnego nawet nie umiał dobrze odgrzać kotleta. A przecież choćby francuski pomysł przerobiony przez Amerykanów – „Trzech facetów i dziecko” – był w swojej prostocie genialny i da się coś jeszcze z niego wycisnąć. Drugi wniosek nasuwa się w obliczu zbliżających się nominacji do Oscarów. Główne role grają przecież aktorzy dawniej z górnej półki. Williams ma na koncie statuetkę i trzy nominacje, Travoltę Akademia nominowała dwa razy, na trzecim planie jako szef obozu skautów prostytuuje się tu Matt Dillon (nominacja za „Miasto gniewu”). Tak nisko upada się teraz w Hollywood nawet z Oscarem? Patrząc na rozwój kariery wcale nie małej części wyróżnianych, aż się odechciewa czekać na tegoroczną ceremonię.