Nowy Sherlock Holmes jak doktor House
"Sherlock Holmes" Guya Ritchiego to film pomysłowy, ale też nieznośnie manieryczny, sprowadzający całą zabawę do ekscentryzmu głównego bohatera i finałowej dekonspiracji mistyki w duchu technokratycznego racjonalizmu.
- Sherlock Holmes, jakiego jeszcze nie było
- Sherlock Holmes - bohater każdych czasów
- Złote Globy rozdane - "Avatar" najlepszy
- "Sherlock Holmes"
- "Absolwentka"
- Zobacz nowoczesnego Sherlocka Holmesa
- Wielkie zmiany w "Monopolu"
- "Sherlock Holmes 2" już w tym roku?
- Komornik dzwoni tylko raz
- Doktor zgaga
- To wszystko wina Madonny
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-16

temp. min 3°C max. 18°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Guy Ritchie, choć przecież zauważony, doceniony, przechwalony, medialnie dopieszczony, wciąż ma coś do udowodnienia. Zaszufladkowany jako specjalista od precyzyjnie przewrotnych wygibasów z galopującą w konceptualnej próżni "odlotową" narracją próbował się od tej stylistyki jakoś odbić. Ze skutkiem jednak katastrofalnym. Po kuriozalnym przedsięwzięciu z "Rejsem w nieznane" i bełkotliwie przekombinowanym "Rewolwerze" wrócił niedawno w "RocknRolli" do starej formuły przekręconego kina przećwiczonej m.in. w "Porachunkach".
Powtórka z rozrywki
Wolta okazała się względnie udana. Ritchie wrócił do dawnej, normalnej formy, pokazał, że potrafi robić filmowe szwindle o niebo lepiej niż jego liczni naśladowcy i epigoni, zaserwował powtórkę z rozrywki opartą na tej samej zasadzie konstrukcyjnej, jaką prezentowały jego dwa pierwsze filmy, nie popadając przy tym w autoplagiat. Między montażowymi sztuczkami czuło się jednak zmęczenie szufladką, rozpaczliwe poszukiwanie w powrocie do firmowego stylu odtrutki na niepowodzenia i sprowadzenie do roli męża (teraz już byłego) Madonny.
W "Sherlocku Holmesie" Ritchie spróbował wtłoczyć swoje stare patenty w formułę widowiska totalnego, podejmującego grę z literacką i filmową tradycją. Spróbował ożywić poczciwego Conan Doyle’a postmodernistycznym szwungiem, odświeżyć nudziarską jak na dzisiejsze standardy przymusu atrakcji opowieść detektywistyczną sztuczkami z zupełnie innej bajki, pożonglować konwencjami, XIX wiek zderzyć z XXI, magię pożenić z nauką, Conan Doyle’a zmieszać z Bondem, realizm z fantastyką. Przepis ryzykowny, przeprowadzony konsekwentnie, tyle że efekt - choć widowiskowy - okazuje się także nieco męczący barokową poetyką nadmiaru.











































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!