Guy Ritchie, choć przecież zauważony, doceniony, przechwalony, medialnie dopieszczony, wciąż ma coś do udowodnienia. Zaszufladkowany jako specjalista od precyzyjnie przewrotnych wygibasów z galopującą w konceptualnej próżni "odlotową" narracją próbował się od tej stylistyki jakoś odbić. Ze skutkiem jednak katastrofalnym. Po kuriozalnym przedsięwzięciu z "Rejsem w nieznane" i bełkotliwie przekombinowanym "Rewolwerze" wrócił niedawno w "RocknRolli" do starej formuły przekręconego kina przećwiczonej m.in. w "Porachunkach".


Powtórka z rozrywki

Wolta okazała się względnie udana. Ritchie wrócił do dawnej, normalnej formy, pokazał, że potrafi robić filmowe szwindle o niebo lepiej niż jego liczni naśladowcy i epigoni, zaserwował powtórkę z rozrywki opartą na tej samej zasadzie konstrukcyjnej, jaką prezentowały jego dwa pierwsze filmy, nie popadając przy tym w autoplagiat. Między montażowymi sztuczkami czuło się jednak zmęczenie szufladką, rozpaczliwe poszukiwanie w powrocie do firmowego stylu odtrutki na niepowodzenia i sprowadzenie do roli męża (teraz już byłego) Madonny.

W "Sherlocku Holmesie" Ritchie spróbował wtłoczyć swoje stare patenty w formułę widowiska totalnego, podejmującego grę z literacką i filmową tradycją. Spróbował ożywić poczciwego Conan Doyle’a postmodernistycznym szwungiem, odświeżyć nudziarską jak na dzisiejsze standardy przymusu atrakcji opowieść detektywistyczną sztuczkami z zupełnie innej bajki, pożonglować konwencjami, XIX wiek zderzyć z XXI, magię pożenić z nauką, Conan Doyle’a zmieszać z Bondem, realizm z fantastyką. Przepis ryzykowny, przeprowadzony konsekwentnie, tyle że efekt - choć widowiskowy - okazuje się także nieco męczący barokową poetyką nadmiaru.


Wszystko tu niby jest tak, jak w opowieściach o najsławniejszym detektywie wszech czasów było zawsze. Skomplikowana zagadka, fajeczka, cylinder, dedukcyjne mistrzostwo świata, skrzypce, eksperymenty, wierny Watson u boku. A jednak wszystko jest do imentu przemeblowane. Ritchie cały poukładany świat z wyraźną dziką radością barbarzyńcy w ogrodzie rozwalił w drobny mak, rozmontował na czynniki najpierwsze i poskładał na nowo.

Samego Holmesa z ekscentrycznego dżentelmena przerobił na neurotycznego bliskiego krewnego doktora House’a z kultowego serialu. Holmes jest u Ritchiego cyniczny, egocentryczny, bezwarunkowo wierzący w wyższość logiki nad mistyką i uzależniony od rozwiązywania zagadek. To swego rodzaju pokrewieństwo drugiego stopnia, bo przecież pomysł na House’a wywodzi się pośrednio, jak przyznawali się twórcy, właśnie z Conan Doyle'a, zaś Ritchie tego zmodernizowanego House’a na powrót uczynił Sherlockiem Holmesem na miarę XXI wieku. Po staremu jest detektyw z Baker Street arcymistrzem dedukcji, widzi to, czego nie widzą inni, wyciąga wnioski z najdrobniejszych szczególików, łączy w całość to, co nijak w sensowną całość nie chce się złożyć, sprowadza na poziom racjonalności zjawiska na pozór w sposób oczywisty paranormalne.


Sherlock superstar

Ale jest Holmes zarazem mistrzem boksu i kung-fu, biega jak Usain Bolt, skacze jak Siergiej Bubka, przeprowadza doświadczenia na psach i muchach, ciągle pogrążony w swoich dziwactwach i neurozach, błądzący jak House w labiryncie własnej nieomylności. Tym bardziej jest to pokrewieństwo widoczne, że znakomicie grający główną rolę Robert Downey jr dość ostentacyjnie jedzie na patentach Hugh Lauriego, choć twórczo je przy tym rozwija.


Przeciwnikiem Holmesa jest tu diaboliczny lord Blackwood (Marc Strong), któremu detektyw w pierwszej scenie uniemożliwia popełnienie rytualnego morderstwa na młodej dziewczynie. Blackwood zostaje skazany na śmierć i powieszony, a zgon stwierdza sam Watson we własnej osobie. Blackwood jednak w tajemniczy sposób zmartwychwstaje i na czele wpływowych dygnitarzy zrzeszonych w tajnym stowarzyszeniu zamierza przejąć władzę nad światem. Są i wątki osobiste. Watson (dobry Jude Law) właśnie się zaręcza, a samego Holmesa ponownie odwiedza jego dawna ukochana Irene Adler (Rachel McAdams).


Fabuła jest tu zresztą najmniej istotna, liczy się rozmach, klimat, wizualny przepych, gra w skojarzenia, celebrowanie klisz - to delikatnie pastiszowe, to znów w tonie serio. I trzeba przyznać, że klimat beztroskiej zabawy konwencjami "Sherlock Holmes" Ritchiego ma. Tyle, że cała zabawa rozciągnięta na dwie godziny z hakiem nieco jednak nuży.



Barbarzyńca w rozkroku

Ritchie co rusz zmieniając style i dekoracje jak kapelusze, staje między nimi w rozkroku, a sam film nie wie, czy wolałby być pastiszowym thrillerem, kryminalną komedią czy "Kodem Leonarda da Vinci" z przymrużeniem oka. Mętlik się robi z tego wszystkiego nad miarę kwiecisty, uciekający w rozdęte dygresje, ozdobniki, dość topornie inscenizowane humorystyczne wstawki, tanie chwyty wyciągane jak króliki z leciwych cylindrów. Owszem, z polotem wpisuje Ritchie conandoyle’owską metodę wyjaśnienia tajemnic w meandryczny tok akcji: z dystansu, gdy Holmes post factum ujawnia tropy, którymi się kierował. Świetnie jak zwykle gra też montażem, niby wszystko pokazuje, a jednocześnie to, co trzeba, przebiegle kamufluje.

Całość jest jednak pęknięta, przeszarżowana, zdecydowanie przydługa, a rozbudowany finał z otwartymi wątkami, a przede wszystkim tajemniczym, fantomowym profesorem Moriartym zbyt ostentacyjnie zmierza do nieuniknionej kontynuacji. A w tej Ritchiemu wciąż pozostanie wiele do udowodnienia, bo choć prestidigitatorskie umiejętności w ȁE;Sherlocku HolmesieȁD; potwierdził, to jednak wciąż nie wiadomo, czy potrafi coś więcej ponad inscenizowanie wymyślnych ekranowych przekrętów.