Michał Żebrowski (ur. 1972) zadebiutował w „Miłości i gniewie” Osborne’a w reż. Mariusza Benoit w warszawskim Teatrze Powszechnym. Zagrał tam też m.in. w „Zmowie świętoszków” w reżyserii Jana Englerta czy w „Ryszardzie II” w Teatrze Narodowym w reżyserii Andrzeja Seweryna oraz w filmach, m.in. w „Panu Tadeuszu” Andrzeja Wajdy, „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffamna, „Pręgach” Magdaleny Piekorz, a ostatnio w „Janosiku. Prawdziwa historia” Agnieszki Holland i Kasi Adamik. W Pałacu Kultury i Nauki wraz z Eugeniuszem Korinem właśnie otworzył teatr 6. piętro.



6. piętro

6 stycznia z Eugeniuszem Korinem otworzyliśmy nasz teatr w Pałacu Kultury. W którym momencie powstał pomysł? Wydaje mi się, że już w Akademii Teatralnej widziano we mnie osobę, która być może w przyszłości zwiąże się z grupą podobnie myślących ludzi i będzie dążyła do tego, by stworzyć z nimi własne miejsce. Odkąd skończyłem uczelnię, jestem współproducentem spektakli, w których występuję. Pięć lat temu zaproponowałem współpracę reżyserowi Eugeniuszowi Korinowi. Naszą pierwszą realizacją był „Samotny zachód” w Fabryce Trzciny. Po kilku kolejnych wspólnych projektach zaczęliśmy szukać miejsca na teatr. Okazało się, że w PKiN jest niewykorzystana sala koncertowa, o której nigdy wcześniej nie słyszałem.

Okazało się, że ma świetną akustykę, 550 miejsc i jest po remoncie. Miasto zainwestowało we własny majątek, a my jako spółka prywatna zgodziliśmy się w ciągu trzech lat tę dotację w całości zwrócić. Chcemy, by co roku pojawiał się nowy cykl przedstawień. Pierwszym będzie tryptyk Woody’ego Allena pod hasłem „Miłość, zdrada, wybaczenie”, w którym znajdą się dwie polskie prapremiery. Kolejne to Fredro Boyem i cykl monodramów. Chcemy zamawiać u dramaturgów teksty pod hasłem „O tym jeszcze nie było”. Jasne, że jest kilka świetnie napisanych monodramów, my jednak nie chcemy odwoływać się do tekstów dobrze znanych i często wystawianych w teatrach. Ponadto chcemy organizować cykl wykładów m.in. z aktorami, reżyserami, muzykami, dyrygentami. A podczas wakacji będziemy grać koncerty. Planujemy też za darmo dawać bilety studentom szkół artystycznych.


mistrzowie

Jan Englert, Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, Anna Seniuk, Mariusz Benoit i Władysław Kowalski. Szczególną osobą w tym zestawie jest Anna Seniuk - była opiekunem mojego roku w Akademii. Uważam, że teatromanom dzieje się wielka krzywda, bo ostatnio tak rzadko mogą ją oglądać w teatrze. Do dziś pamiętam słowa Gustawa Holoubka, który któregoś dnia powiedział mi: „Michał, jak będziesz dyrektorem teatru, pamiętaj, że to instytucja hierarchiczna, nie demokratyczna. Nigdy się nie zrażaj i zawsze otaczaj się lepszymi od siebie, bo tylko miernota otacza się aktorami, którzy zamiast oczu mają guziki. I na ich tle lśnij”.

A Zbigniew Zapasiewicz zostawił mi w spadku dążenie do doskonałości w szukaniu czystości formy w teatrze. I do niezłomnej konsekwencji porównywanej przeze mnie w momencie jego nagłej śmierci do konsekwencji bycia sobą Pana Cogito w wierszach Zbigniewa Herberta. Zapasiewicz był dla mnie w polskim teatrze postacią na miarę właśnie Pana Cogito w polskiej poezji. Być może zabrzmi to śmiesznie, ale mam czasami wrażenie, że zarówno Holoubek, jak i Zapasiewicz dalej żyją i w każdej chwili mogę się ich poradzić. Moi mistrzowie mają wspólną cechę - mijają dziesięciolecia, mody, trendy, a oni zawsze są/byli charyzmatyczni na scenie.


literatura

Jednym z ciekawszych współczesnych autorów jest irlandzki dramaturg i reżyser filmowy Martin McDonagh. Ma na koncie świetne teksty m.in. „Czaszkę z Connemary”, „Kalekę z Inishmaan”, „Poduszyciela” czy „Samotny zachód” (być może wznowimy z Eugeniuszem Korinem ten spektakl w naszym teatrze). Dla mnie literatura McDonagha to połączenie Czechowa z Tarantino. Co jakiś czas lubię wracać do jego dramatów. Jeśli chodzi o prozę, to jestem absolutnym fanem Anatole’a France’a.



Andersen

Nagrałem „Baśnie”, bo w ten sposób wychowuję swoją przyszłą publiczność. Uważam, że jeśli przez lata konsekwentnie swoją pracą służy się dzieciom, to w przyszłości to zaowocuje. Zrealizowałem tę płytę w najlepszym towarzystwie, bo z Januszem Kukułą, dyrektorem Teatru Polskiego Radia. Daję z siebie wszystko na niej, bo wiem, że miałem genialnych poprzedników, dość wspomnieć chociażby winyle „Czerwony kapturek” z Władysławem Hańczą i Barbarą Krafftówną czy „Ptasie radio” Ireny Kwiatkowskiej. Mam nadzieję, że za 20 lat do teatru przyjdzie ktoś, kto będzie pamiętał mój głoś i interpretację. I pomyśli, że ten stary piernik kojarzy mu się z czymś pozytywnym z dzieciństwa. Kiedy byłem mały, rodzice czytali mi „Baśnie” i mam do nich sentyment. Dlatego postanowiłem właśnie tę literaturę przeczytać dzieciom.


góry

Po raz pierwszy pojechałem na Podhale, gdzie się duchowa wychowałem, kiedy miałem dwa lata. Od razu kulturowo przylgnąłem do ludzi: prostych, szczerych i z fantazją. W przeciwieństwie do innych dzieci, które nie tak bardzo pokochały rolnicze obowiązki, ja lubiłem pracować z góralami. Całe wakacje spędzałem, kosząc siano, wożąc je, potem układając w ostrewki. Po latach wróciłem w okolice Zakopanego i zbudowałem dom. Mam tam oddanych przyjaciół, którzy pamiętają mnie jako 5-, 10-letniego Michała, mniej zaś, kiedy robiłem tzw. karierę. I dlatego wśród nich tak dobrze się czuję.



film

Jestem fanem kina amerykańskiego, szczególnie gangsterskiego. Mam na myśli nie tylko klasykę, np. „Ojca chrzestnego”. Lubię „Gorączkę” Michaela Manna z Pacino i De Niro. Moim ukochanym aktorem jest Anthony Hopkins. Ale jest przecież masa świetnych aktorów młodego pokolenia, marzę, by chociaż otrzeć się o cień ich talentu. Podziwiam Edwarda Nortona, lubię Woody’ego Harrelsona - był doskonały w „Urodzonych mordercach” Stone’a. W Stanach robi się filmy na zasadach wyłącznie komercyjnych, dlatego osiągają one najwyższy poziom sztuki. Amerykanie nie mają kompleksów - i tego powinniśmy się od nich nauczyć.