"Harry Brown"
Wielka Brytania 2009; reżyseria: Daniel Barber; obsada: Michael Caine, David Bradley, Ben Drew, Emily Mortimer; dystrybucja: Monolith; czas: 103 min; Premiera: 15 stycznia; Ocena 2/6



Magdalena Michalska, krytyk filmowy "Dziennika Gazety Prawnej", o filmie:

Film debiutującego reżysera Daniela Barbera to właściwie połączenie motywów z dwóch fabuł Eastwooda. Jest tu trochę z „Brudnego Harry’ego” - bohater uświadamia sobie, że legalne sposoby postępowania z przestępcami zawodzą - trzeba zachowywać się równie okrutnie jak oni, wtedy jest się skutecznym. I jest tu trochę z „Gran Torino”: bohater jest zbyt stary, by zwyciężyć w bezpośrednim starciu z młodymi. Może się jednak dla zwycięstwa poświęcić.

Zaczyna się ostro i intrygująco: trzęsąca się kamera, przemoc, brutalne słowa i bezsensowna śmierć młodej matki z rąk naćpanych wyrostków zestawione ze statycznymi ujęciami starszego mężczyzny, który w swoim zadbanym mieszkaniu wykonuje powtarzane zapewne od lat poranne rytuały i nienagannie ubrany wolnym krokiem idzie do szpitala, gdzie umiera jego żona. Im dalej, tym niestety gorzej. Film jest schematyczny, co byłoby jeszcze nie do wytrzymania, gdyby w schemat wtłoczono choćby krztynę oryginalności. Tu jednak wszystko jest nieznośnie przewidywalne – po kwadransie ma się pewność, który z bohaterów dotrwa żywy do końca projekcji, zgadujemy też łatwo, jak potoczą się losy tytułowego Harry’ego Browna (Caine), emeryta z podłego londyńskiego blokowiska. Akcja rozpoczyna się w momencie, gdy w przeciągu kilku dni bohaterowi umiera żona, a jego jedyny przyjaciel, z którym zabija czas partyjkami szachów w lokalnym pubie zostaje zabity przez okoliczny młodociany gang dilerów narkotyków.

p


Brown, przekonawszy się, że policja nie zdoła złapać morderców, decyduje się na prowadzenie prywatnego śledztwa. Ma ku temu predyspozycje. W młodości był w czerwonych beretach, służył w niespokojnej Irlandii. Dotąd to ukrywał, prosił, by go o tę część życiorysu nie pytać. Teraz jednak wykorzystuje dawne umiejętności. O bycie samotnym mścicielem podejrzewa go tylko jedna osoba - nieciesząca się specjalnym szacunkiem przełożonych młoda pani inspektor (Emily Mortimer).

Największą zaletą „Harry’ego Browna” jest oczywiście udział Caine’a (dwa Oscary na koncie, ostatnio znany jako służący Alfred z filmów o Batmanie). To świetny aktor - zawsze niezwykle naturalny, o szlachetnej, ładnie się starzejącej twarzy. Szkoda byłoby, żeby Caine, który niebawem skończy 77 lat, dotrzymał słowa i uczynił Browna swoją ostatnią główną rolą filmową.

Film nie jest do końca porażką. Jest konsekwentny, jeśli idzie o tonację - kręcono go w autentycznych plenerach, rzeczywistość jest w nim przekonująco szara i brzydka. Wytatuowani bandyci wyglądają jak potwory z sennych koszmarów, schowane w sprytnie zakamuflowanej plantacji marihuany. Ciekawy jest też element krytyki społecznej: widzimy, że służby państwowe nie radzą sobie z postępującą degeneracją młodzieży. Filmowy nadinspektor policji (Iain Glen) myśli tylko o karierze - po spektakularnym, ale w gruncie rzeczy bezowocnym nalocie na lokale gangu, ogłasza, że ma sukcesy w walce z przestępczością. A to przecież wyłącznie medialna fikcja. Gorzej, że twórcy poszli w przerysowanie - zejście do przejścia podziemnego, gdzie rezydują gangsterzy, wygląda niczym wstąpienie do piekieł, a dilerzy narkotyków są ucharakteryzowani na ludzi-szczury. Jak na mocne kino społeczne „Harry Brown” jest za płytki, jak na thriller zbyt oczywisty.