"Ksieżniczka i żaba"
(aka "The Princess and the Frog")
USA 2009; Reżyseria: Ron Clements; Czas: 98 min; Dystrybucja: Forum Film; Premiera: 15 stycznia; Ocena 4/6



Bajkę o księciu zaklętym w żabę i czekającym na pocałunek pięknej księżniczki zna każdy. Dwie małe dziewczynki dorastające w Nowym Orleanie w latach 20. XX wieku słuchając jej marzą o bajkowym królewiczu. Dzieli je wszystko. Charlotta jest biała, rozpuszczona, ma bogatego ojca i niczego jej nie brakuje. Tiana natomiast ma czarną skórę, pochodzi z ubogiej rodziny, a rodzice otacza ją miłością i wpajają wiarę w lepsze jutro. Gdy Tiana dorasta pracuje jako kelnerka i marzy o otwarciu własnej restauracji, Charlotta natomiast jak dawniej marzy o tym, by poślubić księcia. I oto nadarza się okazja, bo do miasta przyjeżdża następca tronu dalekiej Maldonii, Naven - czarujący lekkoduch poszukujący bogatej żony. Pewnie by ją znalazł, gdyby nie intryga niejakiego doktora Faciliera - czarodzieja voodoo, który zamienia go w …żabę. Tiana całuje go, chcąc odczarować i sama zostaje żabką, po czym oboje wyruszają w podróż przez nowoorleańskie bagna na spotkanie z czarodziejką mamą Odie. W miłym zresztą towarzystwie - aligatora trębacza Louisa i romantycznego świetlika Raya.

p


Studio Disneya, które już przed dekadą straciło monopol na dziecięce sny, w swej 49. pełnometrażowej animacji postanowiło z premedytacją odwołać się do własnej tradycji. Producent „Księżniczki i żaby” John Lasseter, twórca potęgi Pixara, a od niedawna jeden z szefów Disneya, zdecydował się pójść pod prąd i wymyślił film ostentacyjnie wręcz staroświecki, rysowany tą samą klasyczną kreską, co kiedyś „Jelonek Bambi” i „Królewna Śnieżka”, choć opowiadany już nieco inaczej. Odwołując się do uświęconych schematów kina disneyowskiego, stawiając na oldskulową prostotę przesłań, reżyserski tandem z niemałym w klasycznej animacji dorobkiem John Clements i John Musker (m.in. „Mała syrenka”, „Herkules”, „Alladyn”) podjął z tradycją grę w rozbrajanie bajkowej fabuły przewrotnymi pomysłami i puszczanie oczek do młodszych i starszych widzów. I ten przepis, choć nie powinien, to jednak zadziałał. Okazało się, że można w klasyczną animację tchnąć życie, w co wielu zdążyło zwątpić. Wystarczyła pomysłowość, humor i serce.

Fenomenalnym pomysłem było umieszczenie akcji akurat w Nowym Orleanie i akurat na przełomie lat 20. i 30. Mekka amerykańskiego Południa skupia jak w soczewce legendę, magię i rzeczywistość. To miasto kontrastów. Bogate i biedne zarazem, czarne i białe, piękne i brzydkie. Wszystko tu jest na swoim miejscu. I patriarchowie w XIX wiecznym stylu, jak ojciec Charlotty, i czary voodu, i marzenia o muzycznej sławie w kolebce jazzu i bluesa. W końcu nie przypadkiem aligator z trąbką nosi imię Louis (jak Lois Armstrong), a świetlik Ray (jak Ray Charles). Do tego barwnego tła cała bajkowa opowieść pasuje jak ulał. Uroczo naiwna, niewymuszenie zabawna, opatrzona prostym morałem nie popada w infantylne prostactwo. Za to zaskakuje pomysłowością. Niby wszystko jest jak być powinno, ale drobne przesunięcia w fabularnych zakrętach, konstrukcji postaci, wystarczają, by nic nie było łatwo przewidywalne. Efektem jest lekko zmodernizowana i podrasowana klasyczna baśń bujająca się w przyjemnym jazzującym rytmie muzycznej oprawy. Czy jej uroki docenią dzieciaki z pokolenia PlayStation? Nie wiem, za to jestem przekonany, że niejednemu rodzicowi zakręci się w oku łezka nostalgii.