"Sherlock Holmes"
USA/Wielka Brytania 2009; reżyseria: Guy Ritchie, obsada: Robert Downey Jr., Jude Law, Rachel McAdams, Kelly Reilly, Eddie Marsan, Mark Strong; dystrybucja: Warner; czas: 128 min; Premiera: 15 stycznia (4)



Trzeba jasno powiedzieć, na nic zdałaby się wizualna koncepcja, na nic pełna urody gra z konwencjami i popkulturą, gdyby w obsadzie zabrakło Roberta Downeya Jr. To on w tytułowej roli i dotrzymujący mu kroku Jude Law jako doktor Watson są filarami filmu Guya Ritchiego.

Downey Jr. - jeden z najbardziej utalentowanych współczesnych aktorów, nonszalancko i spektakularnie trwoniący swój talent na pijacko-narkotyczne spektakle dla prasy brukowej stworzył Sherlocka, jakiego jeszcze nie było. Nadał mu rys szaleństwa zakodowany w tekstach Arthura Conan Doyle’a, choć przez kino do tej pory niedostatecznie wykorzystany.

Jego genialny detektyw jest pozbawionym skrupułów ekscentrykiem, egoistycznym geniuszem, jednostką kompletnie nieprzystosowaną społecznie. Jest też niebezpiecznym przystojniakiem, awanturnikiem, pozbawionym hamulców pijakiem i ćpunem (nie gardzi nawet płynem do operacji oczu), testuje środki paraliżujące na Bogu ducha winnym buldogu Watsona, demoluje wynajęty dom, próbując wynaleźć tłumik do rewolweru.


Wygląda to awangardowo, choć wszystkie wykorzystane przez reżysera dziwactwa Holmesa wzięły się z tekstów Conan Doyle’a. W jego książkach Sherlock trenuje strzelanie w salonie - ślady po kulach układają się w inicjały królowej Wiktorii, w tym samym miejscu przeprowadza eksperymenty chemiczne i przybija korespondencję sztyletem do kominka.

Sama fabuła, choć oczywiście nawiązuje do twórczości Doyle’a, jest dziełem scenarzysty. Sherlock i Watson ruszają w ostatnią wspólną akcję - obławę na zwyrodnialców rytualnie mordujących kobiety. Winnym okazuje się demoniczny lord Blackwood (Mark Strong). Aresztowanie i stracenie zwyrodnialca będzie jednak dopiero początkiem sprawy, a w grę będzie wchodził wielki spisek, mający tylko pozornie podłoże okultystyczne. Pojawią się znane miłośnikom opowiadań Doyle’a postaci i wątki: inspektor Lestrade (świetny Eddie Marsan pamiętany z „Happy-Go-Lucky”), niebezpieczna Irena Adler (urodziwa Rachel McAdams) - jedyna kobieta, która podbiła serce Sherlocka, wątek narzeczonej Watsona (Kelly Reilly – rozpustna Amerykanka ze „Smaku życia”), dla której doktor zdecydował się opuścić dzielone z Holmesem mieszkanie przy Baker Street.


Resztę pożyczył sobie reżyser z innych tekstów i filmów: trochę tu z komiksów, choćby „Z piekła rodem” czy „Ligi niezwykłych dżentelmenów”, trochę z niego samego – Guy Ritchie zastosował wszystkie chwyty, które sprawdziły się w „Przekręcie”. Ale ta litania skojarzeń nie obniża wartości „Sherlocka Holmesa”. Przeciwnie jest przyjemnym dodatkiem, bonusową zabawa dla tropicieli popkulturowych gier.

Bo w momentach, w których trzeba się było wykazać inwencją, Ritchie stanął na wysokości zadania: znalazł sposób na przekonujące pokazane metody dedukcyjnej Sherlocka, jego specyficznego sposobu myślenia, nowocześnie wygrał wątki ekscentryczności swojego bohatera, nie popadając w sztampowa patynkę, okrasił to intrygującą muzyką, zmontował tak, że widz nie ma chwili odpoczynku. Akcja tu galopuje, nawet jeśli Sherlock leży zamroczony.

Jeśli to wszystko nie przekonuje holmesowskich ortodoksów, niech zobaczą film dla uczy wizualnej, jaką serwuje Ritchie. Jego Londyn końca XIX wieku bije na głowę fantastyczne dekoracje Tima Burtona z „Demonicznego golibrody z Fleet Street” czy uznawany ostatnimi czasy za wzorcowy Paryż z „Moulin Rouge”.

p