Reżyser "Będzie głośno", laureat Oscara za "Niewygodną prawdę" Davis Guggenheim, doprowadził do spotkania Page’a, Edge’a i White’a w 2008 r. - ale nie po to, by nakręcić klasyczny muzyczny dokument. Zarażony przez producenta Thomasa Tulla ideą sportretowania fenomenu gitarowej ekspresji, dotarcia do istoty bluesowej i rockowej mitologii wybrał się w podróż do źródeł ich muzyki.


Mistrzowie z przypadku

Każdy z nich zaczynał swoją przygodę z gitarą inaczej, a jednak ich muzyczne początki są jakoś podobne. Page trafił na gitarę przypadkiem. Od tej pory się z nią nie rozstawał. I w końcu w Led Zeppelin stał się jednym z gitarowych bogów swoich czasów. Edge pierwszą gitarę wystrugał własnoręcznie ze starszym bratem. Nie umiał grać, ale koledzy zaprosili go na próbę szkolnej kapeli. Spodobało mu się, potem został gitarzystą U2. White wychowywał się już w czasach rapu i hip-hopu, gdy wirtuozi gitary zostali strąceni z piedestału. Zarażony bluesem i rockiem przez starsze rodzeństwo chciał zostać perkusistą. Gitarę dostał przez przypadek, w zamian za podwiezienie lodówki.


Każdy reprezentuje inną szkołę. Page to mistrz spontanu. Wielokrotnie myli się na koncertach (w studiu nigdy), stawia na czystą ekspresję, autentyzm. Edge to techniczny perfekcjonista. White zakochany w bluesie z delty i klasycznym rocku dąży do pierwotnej czystości.


Guggenheim wydobywa te różnice z samych dźwięków, z fragmentów wspomnień, z symbolicznych obrazków. Page w swoim ogromnym domu rozkoszuje się samym graniem, Edge wynosi wzmacniacz na plażę i szlifuje riff do nowego utworu U2, a White siada przy sprzężonym z gitarą harmonicznym mikrofonie, bierze kartkę, długopis i od ręki komponuje nową piosenkę, którą z marszu nagrywa na taśmę. Guggenheim snuje ilustracyjne impresje. Przeplata fragmenty archiwalnych nagrań z obrazkami bohaterów odwiedzających ważne dla nich miejsca, słuchających ulubionej muzyki, opowiadających o swych inspiracjach, doświadczeniach i oczywiście gitarach.


Gitara jest kobietą

To one są tutaj głównymi bohaterkami. Nie sami muzycy, ale otoczone czcią instrumenty - nazywane kobiecymi imionami, dopieszczane przez lutników, dostrajane, udoskonalane. By dźwięk był czystszy, brzmienie doskonalsze, efekt prawdziwszy. Ale to ostatecznie okazuje się nieważne, bo gdy Page, Edge i White siadają w końcu do wspólnego muzykowania, grają na byle jakich gitarach najprostszą z możliwych bluesowych kompozycji Sona House’a, liczy się tylko wspólna radość grania, dążenie do harmonii, idealnej prostoty.

Plany White’a, by podejrzeć patenty starszych mistrzów, biorą w łeb, bo ważna jest sama muzyka, a nie techniczna perfekcja. Wzruszenie muzyków, gdy po skończonej jam session obejmują się i dziękują sobie, dosłownie eksploduje na ekranie. Oto magiczna chwila, w której udało się Guggenheimowi dotknąć samej istoty muzyki, w spirytystycznym rytuale wywołać na moment ducha rocka. Zupełnie inaczej niż Scorsesemu w "Rolling Stones w blasku świateł", ale poniekąd tak samo.