Jak podano podczas ogłaszania nominacji do Złotych Globów, 63 proc. filmów, które otrzymują statuetkę dla najlepszego filmu roku od Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej akredytowanej w Hollywood, dostaje potem Oscara. O Złotych Globach decyduje ok. 85 osób, a to bardzo niewiele w porównaniu z liczbą członków Amerykańskiej Akademii przyznającej Oscary, która liczy kilka tysięcy.

A jednak nagrody niespełna setki dziennikarzy mają duże znaczenie. Swoich zwycięzców ogłaszają dokładnie w momencie, kiedy członkowie Akademii muszą odesłać karty do głosowania z nominacjami. Przy ogromnej liczbie zgłoszonych filmów często kierują się oni werdyktem Globów. Podobnie zresztą działają publikacje prasowe typujące tegoroczne nominacje. W tym roku - kiedy po raz pierwszy w kategorii film roku będzie nominowanych 10 tytułów - czasopismo Entertainment typuje filmy: "Avatar", "Była sobie dziewczyna", "Hurt Locker", "Bękarty wojny", "Invictus", "Messenger", "Precious", "A Serious Man", "Odlot" i "W chmurach". Wszystkie wymienione tytuły mają nominacje do Globów, a pięć z nich znalazło się na liście pretendentów do tytułu film roku.

Sprawdź, kto ma szansę na Złote Globy 2010 >>


Statuetka i co dalej?

Oscary zaś pociągają za sobą wymierne korzyści dla filmu i jego twórców. Najbardziej oczywiste to propozycje kolejnych projektów. Twórcy oscarowi z miejsca zyskują kredyt zaufania w środowisku i są zasypywani kolejnymi ofertami, a konkurencyjne wytwórnie próbują ich podkupić. Rosną też ich stawki. W środowisku mówi się, że statuetka oznacza dopisanie jednego zera do kontraktu. Ma to nie tylko pozytywne skutki. Dla kilku artystów Oscar był pocałunkiem śmierci. Halle Berry po nagrodzie za "Monster’s Ball. Czekając na wyrok" zaczęła grać tylko w kasowym kinie, bo mniejszych produkcji nie było na nią stać. Efekt? W następnym roku dostała Złotą Malinę za występ w filmie "Kobieta kot". Berry pojawiła się na ceremonii, a ze sceny oskarżyła swojego agenta o zniszczenie jej kariery intratnymi, ale beznadziejnymi kontraktami, które wynegocjował na konto jej Oscara. Podobnie stało się z Cubą Goodingiem jr, który od czasu nagrody terminuje w kiczach w stylu "Statek miłości".


Dla twórców nagrodzonych w kategorii film nieanglojęzyczny Oscar automatycznie oznacza zaproszenie do współpracy z Hollywood. Nie każdemu twórcy bilet do Ameryki odpowiada. Federico Fellini odmówił przyjazdu do Fabryki Snów. Ingmar Bergman pojechał, ale nawet nie wyszedł z hotelu. Po kilku godzinach oglądania amerykańskiej telewizji uznał, że nic tam po nim. Reżyserzy mniejszego kalibru z zaproszeń chętnie korzystają. Florian Henckel von Donnersmark, autor "Życia na podsłuchu", pracuje w Hollywood nad dwoma projektami.

Oscar przynosi też zyski producentom i dystrybutorom. Najważniejsze tytuły, które mają szansę na statuetkę, wprowadza się do kin pod koniec roku, tak żeby akademicy mieli je świeżo w pamięci. Ale nieraz powtórzyła się sytuacja, że czarnym koniem wyścigu okazywał się film, który dystrybuowano na początku roku i zdążył już zejść z ekranów. Gdy taki obraz dostaje nagrodę, automatycznie daje mu to drugie życie w kinach. Często przynosi też większe zyski niż za pierwszym podejściem.

Oscary to jedyne nagrody, które mają moc wyznaczania trendów. Zazwyczaj po nagrodzonym filmie konkurencja stara się zrobić u siebie jego klon, podpatruje się niektóre pomysły - po Oscarach dla Nicole Kidman za rolę w "Godzinach" i Charlize Theron w "Monster" żartowano, że teraz ładna aktorka nie może dostać statuetki, jeśli nie da się zohydzić na potrzeby filmu. Ubiegłoroczna nagroda - dla Marion Cotillard za rolę Edith Piaf - potwierdzałaby, że jest w tym sporo prawdy.


Hollywood nie patrzy na boki

O ile Europa bardzo szanuje Oscary i docenia dokonania ich zdobywców (Clint Eastwood czy Sean Penn cieszą się u nas najwyższym uznaniem), o tyle przemysł amerykański nie zwraca uwagi na prestiżowe wyróżnienia przyznawane na Starym Kontynencie. Brytyjska BAFTA traktowana jest lokalnie, choć nagradza również produkcje amerykańskie, Cezary nie mają znaczenia poza Francją, dlatego zajmują się wyłącznie własną kinematografią (jedna kategoria dla niefrancuskiego filmu jest jak kwiatek do kożucha), o tzw. europejskich Oscarach, czyli nagrodzie EFA, właściwie niewielu słyszało.

Steven Soderbergh zapytany o jeden ze swoich pierwszych filmów, "Seks, kłamstwa i kasety wideo", który dostał Złotą Palmę w Cannes, powiedział: "Mimo że miałem wtedy tylko 26 lat, wiedziałem już na tyle dużo o filmowym biznesie, by nie łudzić się, że Złota Palma da mi coś więcej niż sławę poza Stanami". A główne wyróżnienie w Cannes to najbardziej prestiżowa nagroda, jaką można dostać w Europie, do tego związana z gigantycznymi targami filmowymi, na których pojawia się wielu przedstawicieli amerykańskiego biznesu filmowego.

Na naszym kontynencie Amerykanie nie wypatrują w tej chwili talentów - szukają pomysłów. Sukces komercyjny filmu znaczy dla nich dużo więcej niż jakakolwiek tutejsza nagroda. Zazwyczaj dobrze sprzedany europejski film zostaje natychmiast kupiony i tworzy się jego hollywoodzką wersję. Już wiadomo, że powstanie taka ze szwedzkiego filmu "Millennium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" na podstawie prozy Stiega Larssona.

Jedyne, co Hollywood zaczęło zauważać, to aktorki ze Starego Kontynentu. Dawniej casus Sophie Loren, która w roku 1960 dostała Oscara, choć film "Matka i córka" Vittorio De Siki, w którym wystąpiła, był po włosku i nie miał prawa znaleźć się wśród nominowanych, podawano jako przykład wybryku Akademii. Teraz jest prawie normą. Penelope Cruz dostała nominację za "Volver" Pedro Almodovara, a wspomniana wcześniej Marion Cotillard za francuskie "Niczego nie żałuję".


Ukryte przesłanie

Nagrody filmowe w Stanach Zjednoczonych to nie tylko sposób wyróżniania twórców. To niekiedy jawne, niekiedy zakodowane komunikaty polityczne i środowiskowe. Statuetka dla Romana Polańskiego wcale nie oznaczała, że Hollywood wita go ponownie na swoim łonie. Była raczej komunikatem: "doceniamy cię, ale cię tu nie chcemy".

Same ceremonie oglądane uważnie doskonale pokazują, co w trawie piszczy, kto jest obecnie pożądanym twórcą, kogo Fabryka Snów odstawia na boczny tor. Chyba najbardziej wyrazistym przykładem była nagroda za całokształt twórczości w 1999 roku dla Elii Kazana. Twórca "Na wschód od Edenu" - dawniej członek partii komunistycznej - donosił na środowisko przed komisją McCarthy’ego. Liberałowie mu wybaczyli i zgotowali owacje na stojąco, konserwatyści demonstracyjnie nie wstali.

Choć wątek polityczny był zawsze silny na hollywoodzkich ceremoniach, stał się aż nadobecny za prezydentury George’a W. Busha, podczas której każda impreza filmowa w USA pachniała politycznym skandalem.

Choć oczywiście na bojkot Oscarów pozwalają sobie raz na jakiś czas twórcy i aktorzy. Kiedy Brad Pitt i Angelina Jolie zamiast na ceremonię Akademii wybrali się na imprezę niezależnych Independent Spirit Awards, trąbiono o tym przez kilka tygodni, a prowadzący Oscary rzucił kilka kąśliwych uwag pod adresem pary. W następnym roku Brangelina grzecznie przeszła czerwonym dywanem do Kodak Theatre. Bo tak naprawdę tylko Oscary liczą się w karierze filmowca, jeżeli progiem jego marzeń jest Fabryka Snów.