Czy to prawda, że scenariusz „Parnassusa” powstał z niejako „z szuflady”, z połączenia pana starych pomysłów i niewykorzystanych projektów filmowych, które pan przechowywał?
Terry Gilliam: Tak, w moim biurku jest specjalna szuflada, do której trafiają wszystkie projekty, których nie udało się zrealizować. Za każdym razem, kiedy przystępuję do nowego filmu, przeglądam ją. Nie znoszę marnowania pomysłów.

Współtworzenie scenariusza z Charlesem McKeownem porównał pan do meczu tenisa.
Na samym początku pracy zgodziliśmy się co do jednej koncepcji – starodawny, dziwny wóz przemierza nocą ulice nowoczesnego miasta. Co dzieje się dalej, nie mieliśmy pojęcia. Zaczęliśmy odbijać piłeczkę: przerzucać się pomysłami, jak historia tego wozu może się rozwijać. W moim przypadku zawsze na początku pracy są luźne pomysły, a nie fabuła. Pracuję, wymyślając pojedyncze punkty, które dopiero na końcu są historią. W przypadku „Parnassusa” wymyśliłem lustro, przez które przechodzi się do innego świata. Charles uznał, że samo lustro jest zbyt nudne, że za nim musi być coś dramatycznego. Więc dorzuciłem pomysł, by ci, którzy przechodzą przez lustro, musieli tam dokonać wyboru. „Jakiego wyboru?” – pyta Charles. „Między dobrem a złem” – mówię. „Więc niech będzie tam i diabeł” – on na to.

Pomysł, żeby jeden z głównych bohaterów „Parnassusa” Tony zmieniał się fizycznie po przejściu przez lustro, wygląda na koncepcję, która od początku była w filmie. Tymczasem aktor, który go grał – Heath Ledger, zmarł niespodziewanie podczas zdjęć i koncepcja powstała a vista.
Pomysł zrodził się z desperacji. Mieliśmy dużo szczęścia, bo mieliśmy już w scenariuszu magiczne lustro. Problem nie był w koncepcji, tylko w blokadzie umysłowej. Co zrobić w sytuacji, gdy umiera główny aktor? Kiedy opory ustąpiły, przepisałem sceny po drugiej stronie lustra w jeden dzień: wymyśliłem, że Tony zmienia się fizycznie w wyobraźni innych, i zaprosiłem trzech aktorów, by zagrali jego rolę. I raptem okazało się, że pomysł świetnie pasuje do świata, który chcemy pokazać.


W pana filmach powracają elementy cyrku. Ma pan jakieś specjalne wspomnienia związane z cyrkiem, oczywiście poza „Latającym cyrkiem Monty Pythona”?
Od dzieciństwa cyrk był dla mnie magicznym miejscem i takim pozostał w mojej wyobraźni. Kiedy miałem 12 – 13 lat, cyrk przyjeżdżał do San Fernando Valley w Los Angeles, a ja i inne dzieciaki zatrudnialiśmy się przy rozstawianiu namiotu. Mnie przypadła robota przy gabinecie osobliwości. Pewnie to powód, dla którego zawsze interesują mnie różne dziwactwa: inaczej wyglądający ludzie, karły, osobliwości natury. Fascynowało mnie, że są tacy normalni, a wyglądają tak inaczej. Karnawał, teatry objazdowe, to wszystko bardzo mnie pociągało. Taki magiczny dreszczyk wywoływany przez występy objazdowych artystów pozostał mi do dziś.

Niedawno wydano w Polsce DVD „Perełki Monty Pythona według Terry’ego Gilliama”…
(demoniczny śmiech) Z moim skeczem na początku, gdzie ukrywam się w dziwnej piwnicy?

Właśnie to. Zdradza pan tam „prawdziwą” historię „Latającego cyrku…”.
Każdy z nas zdecydował się wybrać swoje ulubione skecze i wydać na DVD. Mnie zawsze cieszy opowiadanie nieprawdziwych historii, jest coś tak pociągającego w kłamstwie… Wymyśliłem więc, że na wstępie opowiem niesamowitą historię naszej grupy i jak mnie tam wykiwano. Powiem światu, że to ja byłem mózgiem całej ekipy, a reszta to były zwykłe wycierusy i karierowicze (śmiech). Byliśmy naprawdę grupą ludzi, która miała wielkie szczęście. Zarabiam na swoje życie, bawiąc się, grając. To sposób na zachowanie wiecznej młodości.

Doktor Parnassus z pana nowego filmu też znał sekret wiecznej młodości. Czyżby widział w nim pan siebie samego?
Czy jest mną, Bogiem, artystą? A może po prostu kłamcą? Może cały ten film to kłamstwo? Może jest mną, ale może ja też kłamię? (śmiech) Ja bym nie wierzył Parnassusowi. To dość bezwzględny typ, bardzo egoistyczny. Jego historia niekoniecznie musi być prawdziwa. Kiedy kręciliśmy film, cały czas miałem w głowie pierwszą scenę: kiedy wóz cyrkowców wjeżdża do miasta, mija żebraka śpiącego na ulicy – może to jest Parnassus, a cały film to jego sen…


Może my, widzowie, też nie powinniśmy panu wierzyć.
Absolutnie nie powinniście. Możecie ufać tylko sobie.

Jednym z moich ulubionych filmów w pana reżyserii jest „12 małp”. Tam krąży pan wokół wpływu wyobraźni, urojenia na ludzkie życie. Zaryzykowałby pan stwierdzenie, że to główny temat pana filmów?
Moja żona powtarza, że cały czas robię ten sam film. Fascynuje mnie walka pomiędzy rzeczywistością a wyobrażeniem, jak to wpływa na świat i jak człowiek ewentualnie ma to przetrwać. Chyba zawsze chodziło mi o postawienie tego pytania. Moja wyobraźnia w moich filmach jest przystopowana przez rzeczywistość, ale rzeczywistość potrafi przekraczać swoje granice dzięki mojej wyobraźni. To nie tylko temat filmów, dla mnie o tym jest całe życie. Ciągle wymyślamy świat na nowo. Dzięki wyobraźni możemy przetrwać dzień niewyobrażalnego bólu: na przykład skupiając się na robaku łażącym po ścianie. Dziś mam trudny dzień i moją odskocznią jest wzór na tapecie w tym pokoju. To najfantastyczniejsza tapeta, jaką widziałem ostatnio.

Na moje oko ta tapeta pamięta lata 70.
To przecież był zupełnie inny świat. Siedzimy sobie w czymś w rodzaju nostalgicznej komnaty – otacza nas świat wyjęty z lat 60. czy 70. Proszę spojrzeć przez okno: przed nami panorama Łodzi, budynki są ohydne, ale jak wiele możemy sobie na ich temat wyobrażać. Albo Pałac Kultury w Warszawie…

Moi znajomi mówią, że to nasz własny kawałek Gotham City.
I od razu robi się interesująco! Wmawiajcie swoim dzieciom, że to fragment świata Batmana, nie mówicie im, co to jest naprawdę. Pamiętam, lata temu byłem w Sankt Petersburgu, wtedy nazywał się jeszcze Leningrad. Chodziło o jeden z tych słynnych budynków – Pałac Zimowy albo Ermitaż – z symbolu świata, którego wtedy nienawidzili komuniści, stał się pomnikiem robotników, którzy go zbudowali. Przesunięto znaczenie, przedefiniowano i piękne budowle ocalały. Tymczasem w Londynie burzono wszystkie fantastyczne wiktoriańskie budynki jako symbole opresji klasowej, bo Brytyjczycy nie potrafili znaleźć w nich innych znaczeń. A przecież chodzi o to, by zmieniać świat swoją wyobraźnią.


Mimo braku wyobraźni władz Londynu jest pan londyńczykiem z wyboru.
Mieszkam tam od 1967 roku. Więc to jest dom. Zrzekłem się obywatelstwa amerykańskiego jakiś czas temu, więc jestem już legalnym Brytyjczykiem. Nie chciałem już być Amerykaninem, również dlatego, że odkryłem, że po mojej śmierci, która jest już tuż-tuż, moja rodzina zapłaci gigantyczny podatek od mojej śmierci. Tak gigantyczny, że będą musieli sprzedać nasz dom w Londynie, by go pokryć. Nie żyję w USA od 42 lat. Nie będę stawiać swojej rodziny w takiej sytuacji. Co najzabawniejsze, przez najbliższe 10 lat mogę jeździć do Ameryki tylko na 30 dni w roku, bo jestem teraz na czymś w rodzaju okresu próbnego.

Może pan pracować w USA? Co jeśli pojawi się propozycja nakręcenia tam filmu, a zdjęcia potrwają dłużej niż 30 dni?
Tydzień po tym, jak zrezygnowałem z obywatelstwa, pojawiła się propozycja nakręcenia filmu w Los Angeles. Nie mogłem jechać. To był bardzo fajny western.

Gatunkowy film? W wykonaniu Terry’ego Gilliama?
Ten był bardzo dobry. Oparty na książce Larry’ego McMurtry’ego, tego, który napisał „Na południe od Brazos” (w oryginale „Lonesome Dove” – red.) i adaptował scenariusz „Tajemnicy Brokeback Mountain”. Bohaterem historii, którą mi proponowano, był Billy the Kid. Może uda mi się jeszcze zrobić ten film, jeśli zdecydujemy się kręcić w Kanadzie lub Meksyku.

Jeśli wspomniał już pan o swoich planach na przyszłość, co się dzieje z „The Man Who Killed Don Quixote”?
Jakieś dziewięć miesięcy temu przepisaliśmy scenariusz. Mam nową obsadę, ale nie mamy jeszcze funduszy. Próbujemy zminimalizować budżet, bo obecny jest nieosiągalny. Właściwie większość swojego czasu spędzam, szukając pieniędzy, a nie robiąc filmy.


Kiedy wchodził pan na scenę Teatru Wielkiego w Łodzi podczas otwarcia festiwalu Camerimage, zagrano „Always Look on the Bright Side of Life” z „Żywotu Briana”. Nie tworzycie razem z pythonowcami od lat…
Ale gdyby nie oni, nie rozmawialibyśmy teraz. Wszystko, co zrobiłem, było wynikiem zaangażowania się w „Latający cyrk…”. 40 lat temu podjąłem swoją życiową decyzję. Wydawało się nam wtedy, że to nie przetrwa dłużej niż kilka lat. Tymczasem nadal młodzi ludzie chwytają nasze skecze, jakby to były świeże bułeczki. Nasza szóstka zawsze miała pełne prawa do wszystkiego, co zrobiliśmy razem. Mnie to pozwala przeżyć kilka lat między filmami. Michael Palin i Terry Jones mieszkają jakieś pięć minut ode mnie w północnym Londynie i spędzamy ze sobą sporo czasu. Erica Idle nie widujemy tak często, bo przeprowadził się do Kalifornii.

Jest pan twórcą osobnym, oryginalnym. Ciekawi pana, co robią inni? Śledzi pan nowości kinowe?
Z częścią filmów nie mam wyjścia – dostaję DVD z Amerykańskiej Akademii Filmowej, które muszę obejrzeć, by zagłosować na oscarowe filmy. Trzymam rękę na pulsie, wiem co w trawie piszczy w Hollywood – bo stamtąd płyną pieniądze.

Prowadzi pan własną firmę robiącą efekty specjalne. Może czas otworzyć ją na innych twórców, a nie wykorzystywać prawie wyłącznie do swoich projektów.
Mam tę firmę od czasu „Monty Pythona i świętego Graala”. Bywam tam codziennie. Moja firma jest trochę inna niż pozostali specjaliści od efektów – ostatnie, na czym nam zależy, to realistyczne odtwarzanie rzeczywistości. Tymczasem wszyscy chcą efektów specjalnych, które będą hiperrealistyczne. My chcemy tworzyć obrazy.