"Parnassus"
(aka "The Imaginarium of Doctor Parnassus")
Francja/Kanada/Wielka Brytania 2009; reżyseria: Terry Gilliam; obsada: Heath Ledger, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrell, Christopher Plummer, Tom Waits; dystrybucja: Gutek Film; czas: 122 min; Premiera: 8 stycznia; Ocena 3/6



Przed tragiczną śmiercią Ledgera, Gilliam zdążył nakręcić zaledwie połowę scen z jego udziałem. Musiał więc przebudować scenariusz, posklejać już nakręcony materiał i zastąpić aktora. Jego rolę zgodzili się uzupełnić Johnny Depp, Jude Law i Colin Farrell, co oczywiście tylko zwiększyło komercyjny potencjał i tak już medialnie nagłośnionej produkcji z legendą.

Gilliam po znakomitej „Krainie traw”, powrócił w „Parnassusie” do tego, co kiedyś było sednem jego pomysłu na kino. Zafundował szaloną przejażdżkę po fantastycznym uniwersum, wizualnie frenetycznym, surrealistycznym, rozpiętym w pozaczasowym trwaniu wewnątrz magicznego lustra. Przejść na drugą stronę może każdy, kto da się zaprosić do staroświeckiego imaginarium, z którym podróżuje po świecie od setek lat doktor Parnassus.

Po drugiej stronie lustra otwiera się kraina osobistych snów, gdzie rzeki mogą być fioletowe, a niebo czekoladowe, gdzie nie obowiązują prawa fizyki i wszystko, co tylko da się wyobrazić może przybrać fizyczny kształt. Tyle, że tych zapomnianych cudów nikt nie chce już oglądać. Od spełniania marzeń są dzisiaj szklane hipermarkety. Parnassus (znakomity Christopher Plummer), który ma o sztuce XIX-wieczne wyobrażenie o tym nie wie, ale uratowany przez jego trupę samobójca Tony (Ledger) ma pomysł jak archaiczny teatr iluzji zamienić w show na miarę współczesności. Tyle, że jego intencje nie są wcale czyste.


Parnassus ma dar, który z czasem stał się dlań przekleństwem. Przed wiekami zawarł pakt z diabłem (Tom Waits). Musi oddać mu duszę swej córki Valentiny (Lily Cole), gdy ta skończy 16 lat. Gdy do tej daty brakuje kilku dni diabeł proponuje nowy zakład – kto pierwszy zawładnie pięcioma duszami, do tego należeć będzie Valentina.

I tak snuje Gilliam swoistą antybaśń, w której mieści właściwie wszystko, co dotąd było istotą jego kina i jego wizualnego stylu. Są tu surrealistyczne obrazki niemal jota w jotę skopiowane z animacji, jakie robił w „Latającym cyrku Monty Pythona” – choćby monstrualna głowa policjanta, z której wychodzi chór roztańczonych policjantów w rajstopach i krótkich spódniczkach. Jest ta sama mityzacja rzeczywistości jak w „Fisher Kingu”, ta sama niczym nieskrępowana fantazja jak w „Przygodach barona Munhausena” i ta sama bajkowa dezynwoltura jak w „Braciach Grimm”. A samej historii, jak w „Brazil”, czy „12 małpach” nadaje Gillam strukturę alegorycznego mitu.

Tym razem matrycą jest historia Fausta. O dusze gra tutaj dwóch znużonych demiurgów, którzy nie chcą świata urządzać od nowa i nie chcą nim rządzić. Skazani na wieczne trwanie, chcą tylko zrozumieć. Wychodzi jak u Goethego i jak u Bułhakowa. Przekornie. Szlachetne intencje Parnassusa zamieniają się w piekielny bruk, a diabeł „wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”. Z czasem jednak diabelski zakład roztapia w przepysznych, bajecznie kolorowych wizjach i metafizyczne, i filozoficzne sensy. W końcu to owe wizje stają się celem same dla siebie.


Widać, że w momencie śmierci Ledgera film był rozgrzebany i trzeba było wymyślać wszystko na nowo. Pomysł na wprowadzenie zastępujących go gwiazd się jako tako broni: każdy, kto przekracza magiczną barierę zmienia swoją fizyczność na kształt własnego wyobrażenia. Tyle, że z ciągu frenezji przestaje w końcu cokolwiek wynikać. Na ekranie kontrolowany chaos zamienia się w mętlik luźno rzucanych na wiatr myśli i symboli. Cała historia zaczyna niebezpiecznie balansować na progu czytelności, a kakofonia ekscentrycznych pomysłów i pozornych znaczeń wyłazi z jakichkolwiek ram.

Za wiele chciał Gilliam powiedzieć na raz i w efekcie powiedział za mało. Opozycja sztuki sprowadzonej do roli towaru i tej wynikającej z nieskrępowanej ekspresji wybrzmiewa przekonująco, spuentowana w finale pięknym manifestem powrotu do szamańskiej prostoty zdolnej wywoływać te same wzruszenia jak monumentalne spektakle. Podczas rozmowy z diabłem, Parnassus mówi, że świat istnieje właściwie dzięki opowieści. Dzięki temu, że w każdej sekundzie ktoś snuje jakąś opowieść. I takim hymnem na cześć snucia historii jest właśnie „Parnassus”. Tyle, że pękniętym, niedokończonym, bo historia się właśnie Gilliamowi wymknęła, rozsypała i nie zdołał jej pozbierać na nowo.