Rola Jokera w "Mrocznym rycerzu" przyniosła mu pośmiertnego Oscara, zrodziła kult. Ale nie była wcale ostatnią. Ostatnią zagrał właśnie w "Parnassusie", który w piątek wchodzi na nasze ekrany. W "Parnassusie" Ledger po raz pierwszy pojawia się na ekranie z pętlą na szyli, gdy ma zostać powieszony. W następnej scenie kaszlący i dławiący się powraca do życia. To ujęcie stało się niemal profetyczne.


Po nakręceniu tej sceny, w przerwie między zdjęciami, Heath Ledger pojechał na chwilę do Nowego Jorku. Dwa dni później, 22 stycznia 2008 roku, świat obiegła wieść o jego śmierci wskutek przedawkowania środków nasennych. W "Parnassusie" zdążył nakręcić jedynie dwie trzecie zaplanowanych scen, a od projektu zaczęli odwracać się sponsorzy. Aby jednak ocalić rozpoczęte dzieło, Gilliam do jego roli zatrudnił trzech innych gwiazdorów: Johnny’ego Deppa, Colina Farrella i Jude’a Lawa. Wszyscy trzej zagrali za darmo, honoraria przekazali rodzinie zmarłego. Niewygórowana to cena za możliwość przekonania się, jak to jest stać się na chwilę Heathem Ledgerem.


Jego aktorstwo było totalne. Ponoć na planie "Mrocznego rycerza" nawet wielki Michael Caine był pod wrażeniem. Ledger stopił się z Jokerem. Nie spał po nocach, wymyślał kolejne sceny, pogrążał się w autodestrukcyjnej depresji. Ale grał fenomenalnie, łączył intuicję ze świadomością własnego warsztatu.


Co by mógł osiągnąć, gdyby nie tragiczna śmierć? "Zostałby największym aktorem swojego pokolenia. To pewne" - mówi Gilliam. Możliwe, ale przecież mogłaby się jego kariera potoczyć zupełnie inaczej. James Dean zanim zginął i przeszedł do legendy, zagrał zaledwie w trzech filmach. Ledger w wieku 29 lat dorobek miał nieporównanie większy. Długo jednak grał role, choćby w "Obłędnym rycerzu" (2000), które się zapominało.


Medialna wrzawa po śmierci Heatha Ledgera dopisała mu legendę, dorobiła gębę tragicznego buntownika. Dean stał się mitem, bo umarł młodo jako uosobienie kulturowej przemiany Ameryki połowy lat 50. Co personifikował Heath Ledger, że całe pokolenie uznało go za swego tragicznego bohatera? Odpowiedź nie jest prosta. Trudno powiedzieć, czy rola Jokera byłaby takim samym triumfem Ledgera, gdyby aktor wciąż był wśród żywych.

Tak naprawdę, choć świetny był Ledger w "Candy", znakomity w "I’m Not There", jedyna genialna kreacja w jego dorobku - kowboja uwikłanego w homoseksualny romans z "Tajemnicy Brokeback Mountain" (2005) nie przyniosła mu uznania, na jakie zasłużył. "Tajemnica Brokeback Mountain" wywracała do góry nogami mitologię męskiej przyjaźni i niemożliwej miłości. Ledger zagrał swoją rolę niesamowicie. W porównaniu z nią zagranie psychopaty w "Mrocznym rycerzu" było łatwizną.


A jednak właśnie postać Jokera stała się opoką jego legendy, której mniej efektowny występ w "Parnassusie" nie zdoła przyćmić. Sam Ledger mówił, że inspirował się anarchistycznymi do szpiku kości Malcolmem McDowellem z "Mechanicznej pomarańczy" i basistą Sex Pistols Sidem Viciousem, który przedawkował heroinę w wieku 22 lat. Wielokrotnie zresztą deklarował swój podziw dla wszystkich, którzy odeszli młodo.

Ta słabość też stanie się częścią mrocznej legendy Ledgera. Tylko sama legenda jest już inna niż ta Deana. Nie potrzebuje znaczeń, by żyć. Wystarczy sama straceńcza aura, by rozdzierająco smutna popkulturowa ballada o samotnym, wrażliwym chłopaku z australijskiego Perth, który nie wytrzymał ciśnienia własnego życia i własnej sławy, stała się nośnym towarem, któremu znaczenia nie są już potrzebne.