"Artur i zemsta Maltazara"
(aka "Arthur et la vengeance de Maltazard")
Francja 2009; reżyseria: Luc Besson; obsada: Freddie Highmore, Ron Crawford, Penny Balfour, Mia Farrow; czas: 95 min; dystrybucja: Monolith; Ocena 2/6



Jak to w sequelu, Luc Besson postawił na pomnożenie atrakcji. Wszystkiego miało być więcej: akcji, przygód, efektów, dowcipu. Po raz kolejny się jednak okazało, że czasem więcej znaczy mniej. Bo przy okazji zagubił Besson to, co było największym atutem „Artura i Minimków", czyli aurę beztroskiej dziecięcej przygody, ciekawie zaprogramowane postaci i urok magicznego alternatywnego świata. Besson za bardzo tu kombinuje z wizualnym stylem, a całą intrygę opowiada byle jak i konstruuje tak, jakby miała stanowić jedynie preludium do następnej części „Artur: Wojna dwóch światów".

Nic tu się właściwie nie zdarza. We wstępie dostajemy pogłębiony portret niezbyt rozgarniętych rodziców Artura, dowiadujemy się o jego ekologicznej inicjacji w murzyńskich rytuałach, znów spotykamy troskliwą babcię (Mia Farrow), pojawia się też mityczny dziadek (Ron Crawford). Sam Artur (Freddie Highmore) przeniesiony do świata Minimków przenosi się tam tylko po to, by się dowiedzieć, że nikt go nie wzywał, a całą aferę uknuł obalony z tronu Maltazar.

Nie ma w tym ani ekstrawagancji pierwszego filmu, ani dziecięcej naiwności, ani mrocznych komplikacji. Jest za to dość fantazyjny, ale mechanicznie liniowy animowany bieg z nieważkimi przeszkodami wymieszany z groteskowymi i cokolwiek infantylnymi aktorskimi perypetiami. Nie dość, że niezbyt oryginalna to historia, bo całymi garściami czerpie z popularnych baśni i mitów, to na dodatek całkowicie pozbawiona wdzięku, a za to siląca się na toporny humor dla dorosłych.