"Gorzkie mleko" (aka "La teta asustada")
Peru, Hiszpania 2009; Reżyseria: Claudia Llosa; Obsada: Magaly Solier, Susi Sanchez, Efrain Solís; Czas: 100 min; Dystrybucja: Manana; Premiera: 1 stycznia 2010; Ocena 4/6


Obraz Claudii Llosy (spokrewnionej z wielkim Mariem Vargasem Llosą) spełnia wszystkie te kryteria. To drugi film tej reżyserki po również nagradzanym, wyświetlanym także na naszych ekranach „Madeinusa”. Tak samo jak poprzedni ostentacyjnie mały, zgrzebny, naturalistyczny, a jednocześnie surrealistyczny. Sama Llosa mówi, że chciała zakląć w prawdziwe, wywiedzione z obserwacji zwykłości kadry symboliczną podróż od lęku do wolności. Drogę tę odbywa młoda dziewczyna indiańskiego pochodzenia – Fausta. Jej matka tuż przed śmiercią śpiewa pieśń o brutalnym gwałcie. Niegdyś sama została zgwałcona, dzieląc los setek tysięcy innych kobiet z małych wiosek na obszarze działania maoistowskiej partyzantki Świetlistego Szlaku. Fausta jest właśnie owocem gwałtu. Ona sama i jej rodzina wierzą, że jest naznaczona złem, dziedziczną chorobą zwaną mlekiem smutku. Pamięć o złu z przeszłości i strach przed jego powrotem determinują całe jej dorosłe życie. Fausta tragedię matki zdaje się rzeczywiście odczuwać całą sobą. Zamknięta w sobie, wylękniona, boi się otaczającego ją świata. Nie wychodzi samotnie, a z lęku przed mężczyznami nosi w waginie surowego ziemniaka. Śmierć matki zdejmuje z niej ochronny parasol. Fausta chce jej ciało pochować w rodzinnej wiosce. Nie ma pieniędzy, rodzina balsamuje więc zwłoki, a dziewczyna zaczyna pracować w domu bogatej pianistki. W zamian za śpiewane jej ludowe piosenki dostaje perły. Ma nadzieję uzbierać tyle, by wyprawić pogrzeb. W tym czasie pojawia się też na jej horyzoncie czuły i dobry ogrodnik.


Llosa unika rozdzierającej dosłowności, okrutne wspomnienia zawiera albo w pieśniach Fausty i jej matki, albo w symbolicznych gestach przesyconych pamięcią i lękiem. Tworzy w ten sposób swego rodzaju pejzaż ran symbolicznych manifestujących się w materialnej rzeczywistości dość surrealistycznie: wspomnianym ziemniakiem, grobem zamienionym w basen, schowaną pod łóżko mumią matki w dniu zaręczyn kuzynki. Choć stylistycznie jej film pozornie w całości zanurzony jest w minimalistycznej poetyce południowoamerykańskiego realizmu, dyskretnie, ale wyraziście nadbudowuje nad prozą życia metaforyczne sensy. Każdy drobiazg ma tu swoją wagę, każde słowo odsyła w głąb osobistego świata bohaterki, każdy gest przekłada się na intymne doświadczenie. Llosa w głównej roli obsadziła tę samą Magaly Solier, która grała w „Madeinusie”. A ta idealnie wpisała się w realistyczno symboliczną poetykę swą niemal kryptograficzną grą. Jej twarz zdaje się martwa, nie wyraża niemal nic z wewnętrznych przeżyć bohaterki. Tym bardziej dręczące ją demony przeszłości stają się przejmujące. Codzienność portretowana niby przypadkowo skrywa tajemnice, które trzeba jej pracowicie wydzierać, wątłe przesłanki składać powoli w wymykającą się jednoznaczności całość. Tkając tę historię w taki właśnie sposób, Llosa ułożyła historię kameralną, osobistą, a jednocześnie uniwersalną. Mocno zakorzenioną w historii, obyczajowości, lokalnej kulturze, nieco przestylizowaną i przecelebrowaną, ale jednocześnie przekraczającą ramy wypreparowanej z egzotycznych kadrów etnograficznej przypowieści.