Jean-Luc Godard. Kolekcja
„Do utraty tchu" (1960)
„Żołnierzyk" (1960)
„Kobieta jest kobietą" (1961)
„Szalony Piotruś" (1965)
„Alphaville" (1965)
„Made In USA" (1966)
„Detektyw" (1985)


dystr. Kino Świat 2009
Ocena: 5/6



Dziś awangardowe kiedyś pomysły Godarda już nie wywołują wielkich emocji, zwłaszcza w kontekście tego, że jego epigoni, z entuzjastami Dogmy skutecznie z tą estetyką oswoili. Ale w roku 1960 pojawienie się nowego stylu wywołało rewolucję. W sali kinowej Cinematheque w Paryżu niemal co tydzień odbywały się wówczas premiery kolejnych dzieł nowego pokolenia francuskich filmowców. Claude Chabrol pokazał „Pięknęgo Sergiusza”, Louis Malle – „Windą na szafot”, Francois Truffaut „400 batów”, wcześniej debiutowali Roger Vadim, Jean-Pierre Melleville, Jean Rouche. Ale spośród wszystkich tych nowych filmów, to dzieło niejakiego Hansa Lucasa zrobiło w filmowym światku najwięcej zamieszania.

Film nosił tytuł „Do utraty tchu”, a reżyserem ukrywającym się pod tajemniczym pseudonimem okazał się krytyk opiniotwórczego miesięcznika „Cahiers du Cinema”, Jean-Luc Godard. Sensację wywołały specyficzna narracja zachowująca zasadę jedności czasu, sposób filmowania roztrzęsioną kamerą z ręki, wyłącznie w naturalnym oświetleniu, kolażowy montaż i konstrukcja świata przedstawionego, w którym wszystko łącznie z bohaterami balansuje szeroko między maksymalnym realizmem zachowań i ostentacyjną umownością przywołującą na myśl brechtowski efekt obcości.


Dokonuje się właśnie rewolucja, a Godard wkrótce zostanie obwołany papieżem rodzącego się nurtu, który wkrótce zostanie nazwany francuską Nową Falą. Manifest nowego kina autorskiego przeciwstawionego burżuazyjnemu modelowi kinematografii, napisał Godard razem z Truffautem i Chabrolem podczas przerwy na kawę. Wszyscy trzej byli wcześniej krytykami, wszyscy publikowali na łamach „Cahiers du Cinema”. I choć Truffaut był chyba najbardziej samoświadomy, najlepiej teoretycznie przygotowany, Chabrol z kolei najlepiej estetycznie wyrobiony, to właśnie najbardziej radykalny Godard wkrótce został symbolem nowego nurtu.

Urodzony w 1930 roku w Szwajcarii, przyjechał do Paryża pod koniec lat 40. Studiował antropologię na Sorbonie, choć większość czasu spędzał w kinie albo toczył estetyczne spory, przesiadując w tanich kafejkach dzielnicy łacińskiej. W końcu założył z Truffautem, Andre Bazinem, Erikiem Rohmerem i Jakiem Rivettem pismo filmowe, „Gazette du Cinema” przemianowane później na „Cahier du Cinema”. Publikował pod pseudonimem Hans Lucas (zniemczona wersja imienia), a potem sam zaczął robić krótkometrażowe filmy.


Przystępując do realizacji „Do utraty tchu”, Godard miał podobno wyłącznie wyjściowy pomysł historii o facecie, który szukając w Marsylii narzeczonej, przypadkiem zabija policjanta, oraz najsłynniejszą swą maksymę: „Do zrobienia filmu potrzebne są dwie rzeczy: dziewczyna i pistolet”. Reszta miała przyjść w trakcie pracy. Ale wbrew legendzie film nie powstał jednak bez scenariusza. Godard miał w głowie cały film i każdego dnia wręczał Jean Seberg i Jean-Paulowi Belmondo kilka kartek z materiałem do nakręcenia. Z klisz czarnego kryminału powstała historia zakochanej pary uciekającej przed światem w świat wyidealizowanej wolności. Historia stara jak kino, ale opowiedziana zupełnie inaczej niż dotąd! W sam raz na początek Nowej Fali.

Drugi film Godarda „Żołnierzyk” (1960), choć opowiedziany podobnymi sztuczno-dokumentalnymi środkami, był już znacznie bardziej konwencjonalny, a przy tym zaangażowany politycznie. Bohaterem jest młody Francuz, który po dezercji z francuskiego wojska podczas wojny w Algierii ucieka do Genewy i angażuje się w działalność prawicowej grupy. Tam zakochuje się w dziewczynie i znowu zaczyna się dramat młodych ludzi uwikłanych w przeciwstawne ideologie i chcących uciec od politycznej presji. Film zakazany przez francuską cenzurę i na trzy lata wylądował na półce, a Godard porzucił politykę na rzecz podważania obyczajowych tabu. Zrobił kluczowy dla Nowej Fali pełen teatralnych zagrywek i bezpośrednich zwrotów do publiczności, neorealistyczny musical „Kobieta jest kobietą” (1961) , w którym Anna Karina (ówczesna żona Godarda) gra striptizerkę, która wbrew swemu chłopakowi (Jean-Claude Brialy) decyduje się na dziecko. Zwraca się więc do jego przyjaciela (Jean-Paul Belmondo). W słynnej „Pogardzie” (1963) nakręconej na podstawie Alberto Moravii, z Michel Piccolim i Brigitte Bardot w głównych rolach oraz Fritzem Langiem w epizodach rozprawiał się z drobnomieszczańską obyczajowością w aurze autotematycznej gry z konwencjami.


Godard kręcił jeden film rocznie i z czasem stawał się coraz bardziej radykalny, prowokował obyczajowe skandale, angażował się w politykę. Z „Kobiety zamężnej” (1964) cenzura wycięła sceny nagości. Z kolei „Szalony Piotruś” (1965) z politycznym zaangażowaniem, manifestem obyczajowej rewolucji, erudycyjnymi cytatami z literatury i komiksowymi obrazkami został odebrany jako anarchiczna komunizująca agitka. Być może nie bez racji, bo przecież w gorącym maju 1968 roku Godard ogłosi się maoistą, założył filmową grupę pod wezwaniem wielkiego radzieckiego dokumentalisty, ideologa propagandy Dżigi Wiertowa, a ideę rewolucyjnych filmów w stylu rewolucyjnym wyłożył w „Chince” (1968), a potem w słynnym dokumencie „Sympathy for The Devil” (1969), gdzie zdjęcia z prób The Rolling Stones zderzył z retuszowanymi ilustracjami ideologicznej kakofonii tamtego czasu. Przez następnych klika lat robił filmy dla organizacji lewackich (ponoć nawet na zlecenie OWP) i zupełnie odciął się od komercyjnego nurtu kina.

Znów zrobiło się o nim głośno w 1979 roku, gdy w filmie „Ratuj kto może (życie)” jego eksperymenty z montażem, narracją i techniką wideo dały piorunujący efekt. W 1983 roku dostał w Wenecji Złotego Lwa za „Imię Carmen”, w 1987 w Cannes kontrowersje wywołała jego wersja „Króla Leara”. Dziś, choć przestał być ważny, stał się marginesowy, twórcą, żywą legendą w stanie spoczynku, przypomina czasami o sobie, ostatnio znakomitą „Pochwałą miłości” (2002) i „Naszą muzyką” (2004). Co z niego zostało? Zaskakujące, ale najbardziej zestarzały się te filmy Godarda uważane kiedyś za najbardziej wywrotowe i najbardziej emblematyczne dla nowofalowego stylu. Owszem, „Do utraty tchu” wciąż ogląda się znakomicie, o niebo lepiej niż amerykańską przeróbkę z Richardem Gere z lat 80., „Pogarda” (której w tej kolekcji DVD nie ma) też się nic a nic nie zestarzała. Ale już np. takie filmy niegdyś uważane za kwintesencję godardowskiej poetyki jak „Kobieta jest kobietą”, „Szalony Piotruś” mocno straciły z walorów dawnej prowokacyjności. „Żołnierzyk” natomiast zupełnie trąci myszką, mieszając niezrozumiałe dziś polityczne niuanse z mętną psychologią.


Nie zestarzała się fenomenalna, poetycka antyutopia „Alphaville”. I to mimo że futurologiczną akcję traktującą o planecie zakazanych uczuć rozegrał Godard w scenografii ówczesnego Paryża wystylizowanego na estetykę kina noir. Refleksja na temat dehumanizacji, prawicowej demagogii okazała się uniwersalna tak samo, jak w czasach gdy służyła Ridleyowi Scottowi za wzorzec scenografii przy „Blade Runnerze”. Odkryte po latach zostało „Made in USA” (1967) opowiadające o dziennikarce, próbującej wyjaśnić zagadkę morderstwa, którego okoliczności są zaskakująco zbieżne z polityczną aferą Mehdiego Ben Barki. Dopiero po latach film ogłoszono arcydziełem absurdalnego pure nonsensu, wcześniej pamiętano o nim jako o ostatniej roli Anny Kariny przez rozwodem z Godardem. Świetne wrażenie robi stosunkowo mało znana, późna komedia „Detektyw” (1985). Z jednej strony film komercyjny, a zarazem typowo godardowska zabawa z narracją, pastiszem, cytatami i aluzjami. Czyli jak zawsze: dzisiejsze oglądanie Godarda potwierdza, że awangarda starzeje się najszybciej. Tyle że inaczej niż u niejednego z dawnych proroków, wciąż zostało w tych nieudanych albo przecenionych filmach tak wiele, że nadal warto je odkrywać na nowo.