"Marlene"
Angelika Kuźniak
Wydawnictwo Czarne, 2009



Na fotografiach z młodości Marlena nie wygląda na wampa. Jest otyła, piersiasta i macierzyńska. Kilka lat później będzie gwiazdą bez wieku. Dietrich to mit. Ale mit wypracowany, wymyślony i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Doskonale znamy ten obrazek: Marlena gigantyczna, nienaturalna, w boskiej etoli, w futrzanej czapie, oszczędnie dawkująca gesty i wyznania, z uwodzicielskim spojrzeniem, ironicznym uśmieszkiem. Albo zupełnie inaczej: w męskiej marynarce, w długich, czarnych kozakach, z petem w zębach. Dietrich mityczna uwodziła i wyrzucała kochanków na bruk niepamięci. Marlena rzeczywista prasowała, robiła przepierki i gotowała gulasz. Niemiecki, z kością.

Wydawało się, że wiemy o niej wszystko. Na temat Marleny powstały filmy dokumentalne i biografie literackie, legendy i plotki. A jednak Angelice Kuźniak, autorce „Marelne”, udało się przedstawić tę artystkę tak, jakbyśmy odkrywali ją po raz pierwszy. To książka o cierpliwości reportera. Autorka pisze, że „z dużymi przerwami” pracowała nad „Marlene” dziewięć lat. Szmat czasu. Efekty są jednak widoczne. Koronkowa robota: zarówno jeśli chodzi o formę literacką, jak i treść. Żadnych naddatków. Jak w elementarzu dobrego reportera: została tylko esencja.


Współczesne gwiazdy ikonosfery pop – nie ma ich zbyt wiele – Madonna albo z innej półki Angelina Jolie, są dziewczynami z przedmieścia. Nie mają tajemnicy. Adoptują dzieci, zdradzają, używają seksu jako promocyjnej siły w wydaniu zwulgaryzowanym. Dietrich była ponad to. Niby wszystko w jej życiu było poukładane. Niemiecki ordnung. Szpilki, pędzelki do rzęs, mleko w lodówce i suknie na występy. Kuźniak udowadnia jednak, że życie Marleny było bałaganem. Bo nie można wymyślić siebie aż do końca. Kiedy czytamy o okrutnej starości Marleny, nie ma w tym zapisie żadnej ckliwości. Dietrich nie była sentymentalna. Dlatego nie udało się jej upoczciwić starości. Szlag ją trafiał, że wszystko minęło. Że ona minęła.

Wcześniej lubiła szokować wszystkich i każdego. W nosie miała wyzwiska i szafot, który fundowali jej moraliści. Podczas gdy w polskim kinie przedwojenne gwiazdy uparcie wyczekiwały na podróż zmitrężonego podróżą żołnierza-powstańca, pichcąc w kuchni rosół, wyzywająca Marlena w filmach Sternberga nawiązywała wyłącznie niewłaściwe romanse. Miała z tego przyjemność. Wszyscy mieliśmy.

Po gigantycznym sukcesie „Błękitnego anioła”, w towarzystwie nieodłącznego von Sternberga, znalazła się w Hollywood. Od razu wiedziała, że za wszelką cenę musi się przebić, być inna. Sternberg miał pomysły i szeroki gest: zatrudnił armię kostiumologów, wizażystów, fotografów. Udało się. Mordercza tortura ciała Marleny (w erze przed chirurgią plastyczną) dała zachwycające rezultaty. Cielęca blondyna stała się chorobliwie szczupła, na rozlanej dotąd twarzy aktorki ujawniły się charakterystyczne, ostre kości policzkowe, zniknął uśmiech bawarskiej praczki – w jego miejsce pojawił się grymas sfinksa. Narodziła się gwiazda. Tajemnicza, seksualna i perwersyjna. Nie tylko Hollywood zaniemówiło z wrażenia.


Ostatnią rolę zagrała w 1979 roku, w filmie „Just a Gigolo” (u boku Davida Bowie!), ale już wiele lat wcześniej zaczęła karierę piosenkarską. To również musiała być skończona kreacja. Stary, berliński repertuar kabaretowy wzbogaciła o nowe szlagiery. I znowu triumfowała. Każdy recital zaczynała od klasyka – „I Can’t Give You Anything But Love”, potem był song Loli z „Błękitnego anioła”, oczywiście „Lili Marlene”, a pomiędzy kolejnymi numerami Dietrich z humorem opowiadała o swoim burzliwym życiu i niepokornych sukcesach. Brawa, owacje, bisy.

Clou reportażu Angeliki Kuźniak stanowi drobiazgowa relacja z dwóch tras koncertowych Marleny w Polsce. W 1964 roku zaśpiewała w naszym kraju po raz pierwszy. Miała wtedy 63 lata. Do dzisiaj przetrwały liczne zdjęcia z tego tournée. Marlena w ciemnych okularach, albo Dietrich na scenie: w fenomenalnej, cielistej sukni, w której wygląda jak naga bogini. Kobieta bez wieku w sukni bez materiału. Podobno kosztowała tysiące dolarów, podobno każda perła na fakturze materiału musiała być przyszyta dokładnie w tym miejscu, w którym zażyczyła sobie gwiazda. Podobno to wszystko prawda.

Na koncercie w Polsce śpiewała między innymi „Where Have All the Flowers Gone”. Wszyscy płakali. Wspaniale przetłumaczony przez Wandę Sieradzką tekst tej piosenki – zatytułowany „Gdzie są chłopcy z tamtych lat” – wkrótce stał się jednym z ponadczasowych evergreenów polskiej rozrywki. Kuźniak wspomina również, że w trakcie pierwszej wizyty w Polsce Dietrich poznała Czesława Niemena i zachwyciła się śpiewaną przez niego piosenką „Czy mnie jeszcze pamiętasz”, którą następnie włączyła do swojego repertuaru. Niemen śpiewał piosenkę zaadresowaną do jednej z dawnych miłości, Dietrich zrobiła z niej przejmujący song o odrzuconej miłości swojego kraju. Mutter, hast du mir vergeben – matko, czy mi przebaczyłaś?


Podczas kolejnej trasy w Polsce Marlena poznała swojego ulubieńca – Zbyszka Cybulskiego. – Jednym z moich największych przeżyć filmowych ostatnich lat był bez wątpienia film „Popiół i diament” – mówiła w rozmowie z pismem „Ekran”. I dodawała: „Cybulski: co to za wspaniały aktor!”. Przez chwilę ze sobą korespondowali, potem Cybulski przyjechał do niej, do Paryża. Bardzo chciał się spotkać, nie wychodził z hotelu – czekając na telefon. Nie zadzwoniła. Dietrich: „Prawie każda kobieta byłaby chętnie wierna, problemem jednak jest to, aby znaleźć mężczyznę, któremu można dochować wierności”.

W Hollywood przezywali ją „Kapusta”, bo jak nikt inny potrafiła przyrządzić kapustę na co najmniej sto sposobów. Ta sama aktorka, która chyba jako jedyna z wielkich gwiazd Hollywood zawsze ochoczo grała bohaterki zepsute, negatywne albo ambiwalentne, czyli role, które w purytańskiej Ameryce mogły zniszczyć każdą karierę, w czasie wojny częstowała kapustą przybyszów z hitlerowskich Niemiec, Żydów, gejów i artystów. A kiedy, jako żołnierz, przez dwa lata śpiewała swój hymn: „Lili Marlene”, spała wśród szczurów, trupów i przepoconych męskich skarpet.

Uwielbiana przez aliantów, została znienawidzona przez Niemców. Jeszcze w latach 60. niemiecka prasa pisała: „Walczyła nie tylko przeciwko nazistom. Walczyła przeciwko narodowi niemieckiemu. Dietrich to aspołeczny pasożyt i powinna zostać przykładnie przez nas ukarana”. „Zachowała się podczas wojny w sposób niezwykły, z pełną świadomością, że jej nazwisko i pozycja są jak sztandar, i była w tym krańcowo konsekwentna. Uważam, że jej postępowanie to jeden z ważniejszych gestów stulecia” – pisała Krystyna Janda, która zagrała Dietrich w spektaklu „Marlene” Pam Gems w reżyserii Magdy Umer (premiera 1999).


Tak naprawdę były dwie Marleny. Pierwsza: osoba publiczna i gwiazda, która w amoku zrywała paskudne tapety z pokojów hotelowych, druga – Marlena prywatna – samodzielnie malowała ściany w czteropiętrowym, nowojorskim domu swojej córki. Z czasem, co nieuniknione, druga twarz Marleny zastąpiła pierwszą. Poruszające są zamieszczone w książce opisy paryskiego mieszkania Dietrich przy Avenue Montaigne 12, w którym aktorka spędziła szesnaście milczących lat. Wszystko musiało być poukładane z drobnomieszczańską przesadą: na kanapie leżała folia – żeby niczego nie pobrudzić, w szafach gigantyczna dokumentacja: kostiumy, rekwizyty, listy; obok regały pełne książek, na ścianach oprawione zdjęcia z jej ofiarami, kochankami, fascynacjami, miłościami… Urodziła się dojrzała, potem przestała się starzeć, w końcu przestała kochać. Jeszcze chwilę pożyła, wszystko sobie posprzątała, poukładała szpargały. No i umarła. Taka historia.