"Avatar"
USA 2009; Reżyseria: James Cameron; Obsada: Sam Worthington, Sigourney Weaver, Michelle Rodriguez, Zoe Saldana, Giovanni Ribisi; Czas: 162 min; Dystrybucja: Imperial-Cinepix; Premiera: 25 grudnia; Ocena 4/6


Cameron nie ukrywa, że w technice 3D widzi przyszłość kina. Od zawsze był pionierem, przecierał szlaki, lubił być tym pierwszym, odkrywać nowe filmowe lądy. Kręcąc w 1984 roku za niewielkie pieniądze „Terminatora”, pokazał, że produkcja science fiction klasy B może trafić na salony. W drugiej części nadał nowy wymiar komputerowym efektom. Jego „Obcy – decydujące starcie” (1986) był połączeniem humanistycznych pytań z zapierającym dech w piersiach kinem akcji, w „Otchłani” wyczarował podwodną cywilizację. „Titanic” (1997) był szczytem kiczu, ale połączenie banalnego wyciskacza łez z widowiskowym rozmachem pozwoliło mu odnieść kasowy sukces wszech czasów.

Tymczasem po swoim największym sukcesie zaczął testować nowe technologie. Nakręcił dwa trójwymiarowe dokumenty w morskich głębinach i cały czas marzył o realizacji pomysłu na film nie z tej planety. W końcu uznał, że już można, że technika filmowa wreszcie dorówna jego wyobraźni. Przystąpił więc do pracy, obiecując, że znów pokaże coś, czego nikt jeszcze nie widział. I pokazał! Doskonałość trójwymiaru w „Avatarze” bije na głowę wszystko, co widzieliśmy do tej pory. Głębia obrazu, naturalność perspektywy, płynność ruchu – wszystko to sprawia, że w ekranowy świat wreszcie wygląda jak rzeczywisty sen. Tym bardziej że Cameron wiedział, co pokazać. Wyczarował obrazy cieszące oczy egzotyką, różnorodnością, barwą. Choć więc będzie „Avatar” wyświetlany również na tradycyjnych ekranach, to jednak dopiero oglądanie go w trzech wymiarach dostarcza wrażeń na miarę zapowiadanej rewolucji. Bajecznie monumentalna puszcza na planecie Pandora, znikające kwiaty, stwory przypominające krzyżówkę nosorożca z tyranozaurem albo tygrysa z ksenomorfem z „Obcego”, latające ni to smoki, ni to pterodaktyle składają się na scenerię fotogeniczną i malowniczo nierzeczywistą. Efekty wykorzystujące iluzyjność trójwymiaru też potrafią zachwycić realizmem, z jakim szybujące w powietrzu zestrzelone helikoptery przyszłości lecą w kamerę tak, że podświadomie uchyla się przed nimi głowę. Abstrahując zatem w ogóle od samej fabuły, wydarzeń i sensów, samo już tylko patrzenie na ekran jest dla oka prawdziwą ucztą.


Ale „Avatar” jest na szczęście jednak czymś więcej niż tylko widowiskowym spektaklem. Jeszcze raz się okazało, że w przeciwieństwie do zżynającego z niego przez całą dekadę Michaela Baya Cameron wie, jak spożytkować technikę do opowiedzenia historii może niezbyt skomplikowanej, ale wykraczającej poza ramy pretekstu dla technologicznych popisów. Osią fabuły jest planowany przez Ziemian podbój dziewiczej, bogatej w unikalny w kosmosie minerał Unobtainium planety Pandora. Główny bohater, sparaliżowany od pasa w dół były komandos Jake Sully (Sam Worthington), przylatuje na Pandorę, by wziąć udział w naukowym programie Avatar. Dzięki połączemiu ludzkiego DNA z DNA zamieszkującej planetę rasy Na’vi naukowcy tworzą biologiczne awatary, których ciała mogą być kontrolowane przez umysły ludzi umieszczonych w specjalnych komorach. Jake ma skłonić tubylców do przesiedlenia, ale w miarę jak poznaje ich pozornie prymitywną, a w istocie harmonijnie wpisaną w ekosystem planety kulturę, coraz bardziej jest nią zafascynowany. Człekopodobni, błękitnoskórzy, wysocy na sześć metrów Na’vi mają tylko łuki, strzały i pazury swych skrzydlatych wierzchowców, tymczasem ludzie kierują przeciw nim całą powietrzną armadę. Jake musi wybrać stronę, po której się opowie.

Cała ta opowieść przypomina jako żywo konfrontację Indian z białymi, ożywia mit szlachetnego dzikusa na podobieństwo „Tańczącego z wilkami” czy „Pocahontas”. Cameron nie jest scenarzystą wybitnym. Zdarzają mu się dramaturgiczne potknięcia, luki w logice opowieści. Ale zarazem potrafi wciągnąć w baśniową opowieść odwołującą się do najprostszych archetypów. Naiwną, prostą, zmontowaną z klisz, podającą jak na talerzu ekologiczne przesłanie. Ale poprowadzoną z dbałością o napięcie i z głową posiłkującą się newage’owymi teoriami w rodzaju koncepcji Gai czy zasady antropicznej.

Nie zredukował też Cameron swoich aktorów do awatarów, tak jak to się dzieje przy zastosowaniu performance picture. Sama Worthingtona, Sigourney Weaver, Michelle Rodriguez przez większą część projekcji oglądamy w wirtualnych ciałach, ale technika, w której żywi aktorzy, a nie ich zeskanowane kopie, rzutowani są na komputerowo wygenerowane modele, sprawia, że ani przez moment nie mamy wrażenia oglądania animacji, co więcej, nie mamy wątpliwości, którego z aktorów oglądamy właśnie w jego niebieskim wcieleniu.

Cameron po mistrzowsku też połączył cyfrową technikę z żywym kinem. Bałem się, że będzie „Avatar” wyłącznie festiwalem fajerwerków na miarę Hollywood. Tymczasem ten film nie tylko pokazuje skalę tego, co zobaczymy w kinie jutra, ale udowadnia, że talent Camerona jest co najmniej tak wielki jak jego sny.