Obsada: Clark Gable, Vivien Leigh, Leslie Howard, Olivia de Havilland.

Możemy odetchnąć z ulgą. W przypadku edycji rocznicowych dzisiejszymi czasy wydawca nierzadko próbuje uwieść nabywcę „poprawioną” wersją filmu, z nowym montażem, uprzednio usuniętymi epizodami. Tym razem na szczęście tak się nie stało, choć zapewne pokusa była niemała. Przy kręceniu „Przeminęło z wiatrem” (1937 – 39) naświetlono ponad 150 kilometrów kliszy. Można by nią połączyć kampus łódzkiej filmówki z warszawskim Pałacem Kultury, owijając go wielokrotnie, i jeszcze by trochę zostało. Zaledwie jedna dwudziesta piąta z tego została wykorzystana w produkcji Davida O. Selznicka. Zapewne po magazynach Warnera walają się jeszcze szpule z odpadami. I być może ktoś kiedyś pokusi się o cudowne odkrycie, by pokazać, co reżyser chciał wykorzystać, ale nie mógł – apage. Omawiana edycja to w każdym razie wersja kanoniczna. Trwa bite cztery godziny bez siedmiu minut i zawiera dokładnie to, co trafiło do kin w momencie debiutu. Włącznie z uroczo staromodnymi – choć pewnie niejednego wprawią w konsternację – statycznymi planszami, na tle których rozbrzmiewa muzyka budująca nastrój przed właściwym filmem, po filmie i w przerwie. Muzyka, jak i obraz, cyfrowo odrestaurowane.

Między „Przeminęło z wiatrem” a widzem ponownie, po tak wielu dekadach, nie stoi już nic – ani rwany, ginący dźwięk, ani siatka rys na wyblakłej kliszy. Możemy nierozproszeni skupić się na filmie. Co jest dziś wart ten latami żelazny kandydat do tytułu melodramatu wszech czasów? Zaskakująco wiele. Ekranizacja powieści Margaret Mitchell – o przemijającym świecie amerykańskiego Południa pokonanego w wojnie secesyjnej przez jankeską Północ, o niełatwych miłościach przegranych bohaterów tamtej apokalipsy – nie zestarzała się okrutnie. Owszem, coraz bardziej razi jawny sentyment twórców do ancient regime’u, obrazowany idylliczną relacją dobrych białych plantatorów z kochającymi ich czarnymi niewolnikami, prezentowanymi jako poczciwe prymitywy (zdarzają się i czarni antypatyczne kanalie). Protagoniści są jednak wiarygodni w swych słabościach i pasjach.

Scarlett O’Hara (Vivien Leigh), podobnie jak zakochany w niej Rhett Butler to zaradni egoiści, w swych dążeniach niespecjalnie oglądający się na koszty, jakie muszą z ich powodu płacić inni. Scarlett uparcie chce zdobyć miłość mężczyzny, mimo że jego żona uważa ją za przyjaciółkę. Bez wahania krzywdzi innych, gdy może coś ugrać dla siebie. Postrzelona, impulsywna, energiczna, potrafi przekuć te cechy we wdzięk, ale w gruncie rzeczy jest antypatyczna. Więcej serca ma na pozór cyniczny sybaryta Rhett Butler.

Te postacie są wzorcowo rozpisane i równie sprawnie zagrane. Leigh – do roli córki plantatora z Południa ściągnięta aż z Anglii – pokonała aż 1400 rywalek. Gable, nieprzekonany do wizji siebie jako Rhetta, dał się skusić wysokim honorarium, dzięki któremu stać go było na rozwód i ślub z nową wybranką.

Co znaczące – i z czego, niestety, dzisiejszy filmowcy zbyt rzadko wyciągają wnioski – „Przeminęło z wiatrem” łamie wiele reguł, według których pichci się obecnie kinowe romanse. Nie ma happy endu, winy pozostają bez kary, najbardziej pozytywne postacie albo umierają, albo dostają ostro w kość, miłości rzadko znajdują spełnienie. Kto by dziś kupił taki scenariusz z myślą o bestsellerze?

Oprócz płyty z „Przeminęło z wiatrem” wydanie kolekcjonerskie Blu-ray zawiera ponad osiem godzin dokumentów filmowych i materiały graficzne (reprinty szkiców scenografii, programu z premiery, album z fotografiami).

Ocena: 5.

Dystrybucja: Galapagos.