Jean-Pierre Melville
6 filmów DVD
dystr. Kino Świat



Krążąc wokół tematów lojalności, honoru i zdrady, Melville stworzył najwybitniejsze europejskie filmy noir. Francuski twórca miał ambicje robienia obrazów, które wyświetla się przy pełnej sali, a równocześnie wprowadził kino na zupełnie nowe artystyczne tory.


Przedsmak Nowej Fali

Melville debiutował w 1949 roku "Milczeniem morza" - opowieścią o oficerze Wehrmachtu, który po zajęciu Francji przez III Rzeszę stacjonuje w prywatnym domu małej francuskiej rodziny. Do tematu wojny i okupacji wróci Melville jeszcze w "Księdzu Leonie Morin". Tym razem jednak nie o układach między najeźdźcami a mieszkańcami okupowanych terenów, ale quasi-erotycznej relacji, w którą wplątują się tytułowy ksiądz (Belmondo) i młoda wdowa (Emmanuelle Riva). I oczywiście w jednym ze swoich kluczowych dzieł - "Armia cieni".

Za swój debiut zebrał jednak baty od francuskiego przemysłu filmowego. Poszło o sposób realizacji: niski budżet, ekipa zredukowana do minimum, lekki przenośny sprzęt, zaledwie 20 dni zdjęciowych w kilku plenerach i jednym autentycznym wnętrzu. Francuskie związki zawodowe podniosły alarm, że młody twórca robi zamach na świetnie działający system, który daje zatrudnienie wielu osobom. Parę lat później ta metoda stanie się znakiem firmowym twórców Nowej Fali. Nowofalowcy przejęli od niego dwie zasady dotyczące produkcji: film autorski może być zrobiony tanio i szybko z małą grupą współpracowników, a funkcje reżysera i producenta powinny być połączone, by uniezależnić się od nacisków branży.


Sam Melville narodziny nieciągłego, rwanego stylu Nowej Fali, z brakiem puent scen i wątków opisywał bardzo dowcipnie, przypisując je przypadkowi. W opublikowanym w 1963 roku artykule prasowym pisał, że gdy dystrybutorzy odmówili puszczenia w kinach "Do utraty tchu" Godarda (w którym Melville wystąpił w epizodycznej roli), bo film był za długi, ten skrócił go, wyrzucając nie całe sceny, jak to robiono przed nim, ale fragmenty ujęć. Przez ten zabieg powypadały łączniki scen, logiczne puenty itd. Pomysł się spodobał i stał się znakiem firmowym twórczości Godarda i jego kolegów.

Zresztą nie tylko o Nowej Fali wspomina się w kontekście prekursorskich pomysłów Melville’a. To jego filmy przetarły szlaki takim twórcom, jak Sergio Leone czy John Woo.



Amerykanin w Paryżu

Kapelusze z rondem, trencze z paskiem, olbrzymie samochody i zadymione kluby – to wszystko, co kojarzymy z amerykańskim filmem gangsterskim, zaadaptował Melville do kina europejskiego. Jednak zanim zaczął robić stylowe kryminały, z których jest najbardziej znany, wyreżyserował "Księdza Leona Morin" i nieco lżejszą fabułę o policjantach i złodziejach 'Ryzykant". Czarno-biały Montmartre nad ranem, dziwne lokale, gdzie kwitnie hazard. I bohater - Bob Ryzykant, który całe noce spędza w pokątnych szulerniach i kasynach. Choć jest to jeden z wzorcowych filmów o robieniu skoku na kasyno - temat jest taki sam jak w jego późniejszych obrazach: relacja glina - przestępca.


Pierwszy klasyczny Melville'owski film to "Szpicel" (1962). Tu na pierwszym planie jest temat lojalności – kto jest przyjacielem, a kto zdrajcą. "Trzeba wybierać - albo umierać, albo kłamać" - głosi motto filmu. To bardzo amerykański film - nawet budka telefoniczna jest skopiowana z hollywoodzkich produkcji.



Milczenie jest złotem

Zdecydowanie najwybitniejszą propozycją w wydanym właśnie boksie jest "W kręgu zła". Mocno stylizowany i rozgrywający się w dużym stopniu w plenerze. Wszystko jest tu przeczernione, los nieubłaganie okrutny, ludzie piekielnie samotni i skazani na porażkę. Nawet barwy, choć film jest kolorowy, są tak przygaszone, że sam reżyser mówił o "W kręgu zła", iż to film kolorowy w czerni i bieli.

Wychodzący właśnie z więzienia Corey (Delon) spotyka na swojej drodze ściganego przez całą francuską policję Vogela (Gian Maria Volonte). Z pomocą dawnego kolegi - byłego policjanta i strzelca wyborowego (Yves Montand) - organizują napad na sklep jubilerski na placu Vendome w Paryżu. Cała akcja musi się odbyć w całkowitym milczeniu, w sklepie działa bowiem aparatura nagrywająca, która mogłaby naprowadzić policję na trop włamywaczy. W tym obrazie Melville zostawił swój podpis w stylu, w jakim lubią to robić postmodernistyczni twórcy a la Tarantino: na urządzeniu kluczowym dla napadu są inicjały reżysera "JPM". Bo pewnie bez filmów Melville’a nie byłoby ani Tarantino, ani jego mistrza Sergia Leone.