"Opowieść nr 52" (AKA "Istoria 52")
Grecja 2009; reżyseria: Alexis Alexiou; obsada: Yorgos Kakanakis, Serafita Grigoriadou, Dafni Labroyanni; czas: 97 min; dystrybucja: Vivarto; premiera:18 grudnia; Ocena 2/6



Wojtek Kałużyński o filmie "Opowieść nr 52":

„Opowieść nr 52” autorstwa Alexisa Alexiou to rzadki na naszych ekranach reprezentant kina greckiego. Reżyser próbował skonstruować rasowy schizofreniczny thriller rozegrany pomiędzy jawą, snem i psychiczną chorobą. Zawieszony między czasem przeszłym, teraźniejszym i przyszłym. Utrzymujący w niepewności co tak naprawdę jest tutaj rzeczywistością, co rojeniem psychiki, co jest dokonane, co niedokonane. Niestety, jedyne co się Alexiou naprawdę udało, to utrzymanie formalnej dyscypliny jego filmu, zamknięcie go w przekonującej strukturze zapętlonego labiryntu.

Bohater uwięziony zostaje w opresywnej rzeczywistości, w świecie halucynacji, w gąszczu wizji, wspomnień, retrospekcji. Nie bardzo tylko wiadomo po co. Bo ani dla niego, ani dla nas poza psychicznym chaosem, w którym można się łatwo pogubić na amen, nic z tego wszystkiego nie wynika. Ma ten film klimat, klaustrofobiczną aurę rozpadającej się, atakującej nietrwałością przestrzeni ciasnych wnętrz. Jest gra drobiazgami: butelką wina z niewiarygodną datą produkcji, plamami na koszuli, obrazkiem na ścianie, szczoteczkami do zębów. Ale wszystko to razem wydaje się niepotrzebne i jałowe. Kulminacja niby dra niczego nie wyjaśnia i w ogóle wszystko tu jest niby - wystudiowane na poważną psychoanalizę, wystylizowane na bogactwo znaczeń i tym bardziej przez to puste, wiejące pustką rzucanych na wiatr symboli i pozorowanych sensów.


Oto, młody yuppie, Lasonas poznaje na zorganizowanej u siebie w domu imprezie atrakcyjną Penelopę. Szybko ich znajomość przeradza się w coś więcej. Spędzają z sobą noc, potem następną, w końcu ona wprowadza się do niego. Tyle że Lasonas od dzieciństwa cierpi na przewlekłe migreny, nie może spać albo z kolei zapada w długotrwałe śpiączki. Traci kontakt z rzeczywistością, nie mogąc jej odróżnić od sennego koszmaru. Pedantycznie zmywa naczynia po nocach, pierze zaplamioną pidżamę. Niebawem Penelope wychodzi do sklepu i nie wraca, a gdy chory Lasonas się budzi, odkrywa, że dziewczyna zabrała swoje rzeczy. Okazuje się, że przespał cały tydzień, z zakamarków pamięci usiłuje wydobyć skrawki tego, co się w tym czasie działo, a potem naprawić popełnione błędy. Znów cofamy się do początku. Tym razem akcja rozwija się nieco inaczej, a na ekranie rozkręca się rondo, w którym bohaterowie wciąż od nowa przeżywają to samo w zmieniających się wariantach kontynuacji. Realność, sen, przebudzenie wciąż się na siebie nakładają, mnożąc wątpliwości i niejasności. Bardziej zbiegiem czasu męczące niż intrygujące.

To już było – takie rozwidlenia, zaburzające chronologię, wodzące na peryferie realności. Żeby coś z tego wyszło, te labirynty powinny dokądś prowadzić. Tymczasem Alexiou zmierza donikąd, na manowce sensu. Owszem, demonstruje warsztatową sprawność w układaniu rozsypanych puzzli, ale ułożyć z nich niczego sensownego nie potrafi. Brak napięcia, suspensu, emocji, ciągnie się to pętlami jak flaki z olejem i nie chce się skończyć, choć od połowy reżyser nic do tego, co już pokazał, nie dodaje, za to powielając własne pomysły, zjada własny ogon, to sugerując, że robi studium choroby psychicznej, to o opresji obyczajowych norm, to męsko-damskiej wojnie płci. Mętne to, chimeryczne, manieryczne, przestylizowane i tak naprawdę o niczym.