Z mikołajowego worka wysypało się sześć kolejnych epizodów telewizyjnego śledztwa, które prowadzi mrukliwy stróż prawa z kart powieści Henninga Mankella. Oto również sześć powodów, dla których warto po nie sięgnąć.
Po pierwsze: dochodzenie, jak to zwykle w Ystad, prowadzi najlepszy z najlepszych – Kurt Wallander – muzyczny koneser i genialny intuicjonista kojarzący ze sobą najbardziej abstrakcyjne fakty.
Po drugie: w rolę gliny po przejściach wciela się znakomity Krister Henriksson. Komisarz w jego interpretacji to rozstrojony nerwowo, kiepsko ubrany policjant, tak niedoskonały, że trudno go nie polubić. Kenneth Branagh może się tylko uczyć.
Po trzecie: serial ma wszystko, co w książkach mistrza kryminału najlepsze – zimny, szwedzki klimat i nerw, z którym swą perwersyjną grę rozgrywają zbrodniarze różnej maści.
Po czwarte: bo niewiele tu klasycznych pościgów w amerykańskim stylu, a wszystko, co najciekawsze, dzieje się w głowie bohatera i podczas nasiadówek w komisariacie. Dla córki z problemami – Johanny Sallstrom. Poruszony jej samobójczą śmiercią Mankell zrezygnował z napisania kolejnych dwóch powieści, których główną bohaterką miała być Linda. I wreszcie i przede wszystkim dlatego, że to najlepszy z filmowych „Wallanderów”.

Ocena: 5.