Interesuje się pan boksem po zakończeniu kariery?
Mike Tyson: Straciłem złudzenia co do boksu. Czasem nocą włączam telewizor, ale patrzę bez przyjemności. Nic nie czuję, oglądając walki. Jeśli byłeś czempionem, na twój widok przeciwnikom trzęsły się nogi, a ty potrafiłeś ich tak załatwić, że byli nie do rozpoznania, to nie wykrzeszesz z siebie emocji posadzony w roli obserwatora.

Tęskni pan za ringiem?
Wtedy czułem się jak jakiś absolutny władca dziwnego barbarzyńskiego królestwa. To było z niczym nieporównywalne. Teraz próbuję osiągnąć spokój. Być jak najbardziej anonimową osobą, dużo podróżować. Nie życzyłbym sobie, by moje dzieci zostały sportowcami. Zrezygnowanie ze sportu za dużo człowieka kosztuje. Odzwyczajenie się od tej adrenaliny jest bardzo trudne. Z drugiej strony pamiętam, w jakie tarapaty potrafiłem się wpakować przez boks. Nigdy nie chciałbym wrócić na ring.


Odważył się pan opowiedzieć o swoim życiu i karierze sportowca, bez omijania najbardziej przykrych momentów przed kamerą w dokumencie „Tyson” Jamesa Tobacka. Miał pan potrzebę wyspowiadania się publicznie?
Czułem się przede wszystkim skrępowany i zawstydzony, mówiąc o sobie. Reżyser powiedział mi po nagraniu, że spodziewał się po mnie więcej podgrywania, że w dokumencie nie trzeba mówić całej prawdy. Chyba więc miałem potrzebę bycia szczerym. Przynajmniej wobec niego. Nagrywaliśmy właściwie jeden na jeden. Ekipa była ograniczona do takiego minimum, że czułem się tak, jakbym spowiadał się kumplowi. Wtedy kłamstwo jest niewybaczalne. Jestem typem osobowości ekstremalnej: albo 100 procent ekstrawertyzmu, albo całkowite zamknięcie. Nigdy sobie z tym nie potrafiłem poradzić. Ktoś, kto nigdy nie miał poczucia, że nie umie się zatrzymać w połowie drogi, nie zrozumie moich wyborów i mojego życia.

Po zakończeniu kariery uprawia pan jakieś inne sporty?
Nigdy nie byłem fanem sportu, właściwie poza boksem nie znosiłem sportu. Nie chciałoby mi się ćwiczyć ot tak, bez celu.


Zanim powstał dokument o panu, pańskie życie było podstawą scenariusza filmu telewizyjnego.
To było dawno, w połowie lat 90. Ma też być następny film – tym razem kinowy z Jamiem Foksem w roli głównej. Ja na pewno nie będę się w niego bardzo angażował, ale Jamie może liczyć na moje osobiste stuprocentowe poparcie. Wciąż nie mogę dojść do ładu ze swoim życiem na tyle, by mieć odwagę ponownie zaryzykować bycie sławnym. Wciąż jeszcze od czasu do czasu ściga mnie jakiś fanatyk, który gotów jest grzebać w moich śmieciach i wdrapywać się na drzewo pod moim domem. Boję się takich ludzi. Są bardziej niebezpieczni niż najgorszy przeciwnik na ringu. Bo człowiek nie ma równych szans z ich psychozą. Mógłbym wyjść i mu przyłożyć, ale życie nauczyło mnie jednego - zemsta niczego nie załatwia, więc czuję się bezsilny.

Jednak coraz częściej podejmuje pan ryzyko i pojawia się na ekranie – ostatnio w bardzo dobrze przyjętym epizodzie w filmie „Kac Vegas”.
Ryzykuję, a potem nie wiem, co z tym zrobić. Czy to osobisty dokument, czy gościnny występ w komedii, nigdy nie mogę obejrzeć wyników swojej pracy. Za bardzo biorę to do siebie, nie mógłbym oglądać siebie na dużym ekranie. Krok po kroku przyzwyczajam się do siebie. Pomalutku. Na razie dużo bardziej wolę patrzeć na innych. Mam sporą kolekcję horrorów. Uwielbiam „Koszmar z ulicy Wiązów”, naprawdę boję się podczas seansu. Z filmów o bokserach toleruję tylko „Wściekłego byka”.


Lubi pan sam proces kręcenia filmów?
Powtarzanie ujęć jest jeszcze gorsze niż terapia odwykowa. W kółko człowiek musi mówić to samo. Wydaje mu się, że już dał z siebie wszystko, na co było go stać, a tu znowu trzeba zaczynać od początku.

Żałuje pan czegoś?
Często wstydzę się za siebie, ale nie mam do siebie wiele żalu. Pozmieniałbym małe rzeczy. Kiedy robiłem dokument, pomyślałem sobie, że nie doceniałem swojego życia, że w rzeczywistości było lepsze, niż zapamiętałem, że w swojej głowie przeżywam wciąż na nowo jego gorszą wersję.